![]() |
|
Dux - historia szczurza szczurze sznury |
hist.1 odc.23 2007-01-16 20:32:59 - Ale mnie dyrektor wpierdyla, w zeszłym miesiącu zamiast gotówki znowu dostałem zaliczkę w postaci przydziału wódki - Ja też - I ja Siedzieliśmy W trójkę. Po szychcie. Ja – Germin i dwóch kumpli z kopalni. Jak codzień piliśmy. Nie mieliśmy co jeść, czasami jak sprzedało się wódkę to się kupiło chleb i pasztet, a tak zapominało się o smutkach jedynie leżąc już pod stołem. Te same fusy zalewaliśmy trzy razy, choć ta ostatnia kawa była już naprawdę straszną lurą. Nasza kopalnia chyliła się ku upadkowi. Głównie za sprawą niesprawnego kierownictwa a przez to jej nierentowności na rynku. Bo przecież taniej jest sprowadzić węgiel od sąsiadów ze wschodu. Na wolnym rynku liczy się tylko cena. Na zachód nie mogliśmy eksportować bo założyli na nasz węgiel embargo, nie wiadomo po co i za co, jakaś machlojka zapewne. To tak jak ze wschodnim embargiem na nasze rodzime mięso. I nic się nie da zrobić. Zamiast miesięcznej pensji dostawaliśmy wódkę, to piliśmy. - Pamiętacie jaka akcja była w zeszłym tygodniu. - Taaa, wielka akcja ratunkowa z prasą i telewizją. Nawet dyrektor się ogolił - Nie zapominajcie że przez ten wybuch metanu zginęło trzech naszych kumpli. - Pies im dupy lizał, następni możemy być my, w końcu oszczędzają na naprawach czujników stężenia metanu. - Toast za nich! - Toast! Gdy upadnie kopalnia nie będzie nawet tej wrednej wódki. Jedynym co można zrobić to przejąć kopalnię w ręce związku zawodowego. Tak, jestem syndykalistą. To jedyna szansa by kopalnia stała sie na nowo rentowna. Sprawne kierownictwo i wydajna praca, każdy w końcu będzie pracował na siebie i od niego będzie wiele zależeć. I żaden dyrektorek nie będzie napychał sobie kieszeni zarobionymi przez nas pieniędzmi. Jestem zresztą umówiony z szefem związku zawodowego na jutro przed szychtą. Mam nadzieję że uda mi się go przekonać, muszę zrobić dobre wrażenie. To jest jedyne rozwiązanie by nie stracić pracy i by nie wylądować na zasiłku. Do emerytury jeszcze dobrych kilka lat chlania. Państwo nam nie pomoże, musimy sami o siebie zadbać. Nawet święta Baśka nic by już tu nie wskórała. A kaczki się cieszą że mają nowego prezesa banku. Wybranego od tak, bo jest wygodny i mu się należy. Do takich funkcji powinni wybierać ekspertów a nie rozdawać stanowiska bo zasłużony dla rządzących. Jawne szachrajstwo. I nikogo to tak naprawdę nie obchodzi. - Zdrowie panowie! - Zdrowie! - Zdrowie! Flaszka się skończyła, postanowiłem wracać do domu by jutro jakoś wyglądać. - Czołem panowie! Do jutra! - Co ty Germin, już? zaraz nową flaszkę otworzymy! - muszę iść już do domu, na razie! W domu czekała na mnie moja wielodzietna rodzina której nie umiałem wyżywić. Nie byłem nic warty skoro moje własne dzieci chodzą bez śniadania do szkoły. Żona stara się, dorabia gdzie może, to przy zbiorach, to przy pilnowaniu, to przy sprzątaniu. Zawsze na wszystko brakuje. Pieprzone życie. - Tato! Tato! - rzuciła mi się na kark moja najmłodsza pociecha - Cześć słoneczko, jak w przedszkolu? Dobrze? Masz lizaka! - Kocham Cię tatusiu! - Ja Ciebie też skarbie! - Jak dzisiaj? - zapytałem żony - Jak codzień – odpowiedziała zdawkowo Zawsze miała do mnie pretensje. Byliśmy kiedyś młodzi i nie obchodziły nas pieniądze, chcieliśmy tylko cieszyć się sobą. Teraz wiemy że tak się nie da, po prostu się nie da. Tylko być. - Dzień dobry prezesie - Dzień dobry Germin - Mam propozycję. Nasze miejsce pracy zmierza ku upadkowi, myślę że jedynym sposobem byśmy nie stracili pracy jest przejęcie jej przez nas – robotników. Nie możemy pozwolić by cięciami zlikwidowali kolejne etaty. - Pomysł sam w sobie niezły, ale nie wyjdziemy z zadłużenia, nie uda się nam, dopóki nie zniosą embargo, nie ma szans na jakiekolwiek zysku. - Upadlibyśmy wcześniej czy później. - Ale kiedy naprawdę, gdybyśmy się postarali dałoby się żyć. Mam na utrzymaniu rodzinę, jestem jedynym dawcą chleba A zdobycie go przysparza mi coraz większych problemów. Co będzie jak zamkną kopalnie? Musimy złapać się brzytwy. - Drogi panie, nic nie możemy poradzić. Rozmowę uznaję za zakończoną. Wyszedłem nie lada wkurwiony, wszystko kurwa gnojki! Po prostu nie chce im się uczciwie pracować, to wszystko, chcą czuć się lepsi od zwykłego robotnika. Miesiąc czekałem na to spotkanie, i co? Figa! Jednostka nie może nic zrobić. Jest nikim, a właściwie niczym, bo tak jest traktowana. Pieprzone szczurze życie. skomentuj (4) hist.1 odc.22 2007-01-16 20:29:38 - Proszę pani a oni się biją!! - Przestańcie !! dość !! Spokój !! Co wy w ogóle wyprawiacie? Podajcie sobie łapę, no, już. Jestem młoda i chyba niebrzydka, miast toczyć życie szczęśliwe i poznawać je coraz bardziej muszę zajmować się nieznośnymi bachorami by zapewnić sobie jaką taką egzystencję. Nie jest prosto, łatwo i przyjemnie. To tak jak powiedział swego czasu Gomułka, stojąc nad przepaścią zrobiliśmy wielki krok naprzód, zrobiłam, dostałam pracę i ona mnie pogrzebała. I nie było wyjścia. Problem TINA, nie ma alternatywy. Wyskakując z pędzącego pociągu dziejów zabijamy siebie a nie wchodząc do niego zostajemy na śmietniku. Małe szczurzęta bywają niesforne. Mi przypadła grupa z rodzin patologicznych. W mojej Świetlicy Środowiskowej. Dzieci od dzieciństwa przesycone agresją, przekleństwami i przeświadczeniem że tak juz pozostanie do końca, że juz nic nie można zrobić i nie warto się uczyć, nie warto robić nic. Czasami zastanawiam się czy nie mają racji, po co było mi te pięć lat studiów? Teraz użeram się z nimi a oni sobie nic z tego nie robią. Po co to wszystko. Wyselekcjonowali i oddzielili od normalnego społeczeństwa tych maluchów, bo uznali że jak urodzili się w rynsztoku to i tam umrą, w brudzie i syfie, przed tym płodząc wiele takich samych jak oni. Dla państwa są potrzebne grupy patologiczne, po to by grupy płacące podatki mogły czuć że są dobre i prawomyślne, że postępują sprawiedliwie i by mogły poczuć to wredne uczucie wyższości. Bo zawsze jest tak że ktoś jest ponad kimś. Mam tu całą śmietankę. Dzieci których rodzice są pijakami, dzieci analfabetów, dzieci damskich bokserów, dzieci z różnymi upośledzeniami. Jednego młodego z ADHD który co i nóż mówi dupa i dupa, kilka niesfornych dziewczynek dla których przyszłością będzie najprawdopodobniej tańczenie na rurze bądź praca tirówki, chłopaczków którzy zostaną na zasiłku i będą zalewać się w trupa denaturatem by sczeznąć pod kołami jakiegoś auta zatoczywszy się o krok za mocno. Wszystko to bez sensu. Jednak najciekawsze że właśnie oni, nie ja, młoda i wykształcona, wyglądają na cieszących się życiem. Tak naprawdę, głęboko. Potrafią cieszyć się rzeczami małymi. Tym że pomogę im w odrabianiu zadania domowego, tym że mogą zagrać w piłkarzyki czy że mogą napić się gorącej herbaty, na razie jeszcze bez prądu. Jako pedagog i tak nie mogę im tak naprawdę pomóc, przez te kilka godzin dziennie. Wracają do swoich domów i stamtąd pobierają wzorce. Te najgorsze. Pozytywistyczny dydaktyzm nic by tu nie pomógł. Pytanie polega tylko na tym dlaczego rodzice się nie starają? Mają gdzieś swoje dzieci, nie obchodzą ich, są tylko kulą u nogi którą trzeba karmić a za to czasami można taką małą panienkę zmolestować, jako ojciec, albo pobić po pijaku syna. Niektóre z nich są autentycznie zastraszone, nigdy nie wiedzą co zrobią dobrze a co źle. Nie mają rozróżnienia. Dlatego popełniają błędy. Ojciec potrafi skatować za popsucie uszka od kubka. Bezlitośnie. A wszystko to tak naprawdę nikogo nie obchodzi, nikogo, mnie w sumie też nie. Jestem bo chcę żyć ponad nimi i chcę czuć się lepsza, choć tak naprawdę to gówno prawda. Ja – Dialera. Nie mam nikogo prócz nich, ale czuję się sama, właśnie przez to poczucie wyższości, bo wiem że nie są mnie warci. - Oddaj to! - Nie oddam! - Oddaj! - Nie! - Bo Cię zabiję! - Dupa! - Zabiję jak psa! - Dupa! - Kurwa zabiję! - Spokój dzieci, spokój! Podajcie sobie łapę, no, już. skomentuj (0) hist.1 odc.21 2007-01-13 21:20:02 Nasza wielka akcja mająca na celu ostateczne rozwiązanie kwestii kociej przebiegła planowo. Nasz wódz Spiritus był świetnym strategiem i umiał w nas obudzić postawę wallenrodyczną. Zabijaliśmy z czystą krwią i nie lada przyjemnością. Był diabłem, wiedzieliśmy o tym, a diabeł jak wiadomo kusił do złego. Skusił nas wszystkich i byliśmy zachwyceni efektami tego kuszenia. Rozprawiliśmy się z uzurpatorami. Prawie. Gdy po akcji wróciliśmy do CIS Potkan wiadomym już było że główny przywódca kociego ruchu – Franco – nadal żyje. A dopóki żyje koci bojówkarze będą trwać, i co ważniejsze dopóki żyje nie pomścimy naszego przyjaciela Jury który umarł z jego łapy. Wróciliśmy do domu, by po południu znów się spotkać w CIS Potkan, wszyscy którzy nie doznali obrażeń w pierwszej akcji, czyli około 120 szczurów. Oczywistym było fakt że teraz w mieście nastąpi obława na tego kociego chuja który ważył się podnieść łapę na szczurzą rasę a jeśli się ważył szczurza rasa ową łapę mu odetnie w interesie klasy pracującej dla wolności miast i wsi. W Potkanie wrzało, wszyscy podochoceni wczorajszą wygraną targali się by dokończyć czyn zbrojny i dokonać likwidacji bossa. Spiritus podzielił nas w dziesięcioszczurze komanda. Byłem dowódcą jednego z nich, ja - Vasyl. Szczególnym zapałem odznaczał się Dux, który po stracie Ramaszki stał się jeszcze większym radykałem, przestał się bać o siebie i swoje życie, nic go nie obchodziło, tylko krwawa zemsta. Z moim komandem patrolowałem teren śródmieścia. Słuchaliśmy rozmów, podkradaliśmy się pod okna domów, węszyliśmy koci swąd, nie umieliśmy jednak odnaleźć naszego dzisiejszego celu. Za komunikację między komandami odpowiadał Spiritus który łączył się z szefem każdego z nich – telepatycznie oczywiście – co piętnaście minut. Było zimno i padał śnieg. Wielkie kamienice śródmieścia były dobrym miejscem kryjówki, aczkolwiek widocznie Franco znalazł jeszcze lepsze miejsce. Po długich trzech godzinach otrzymałem sygnał że dowództwo komand ma swoich członków puścić do domu i czym prędzej wrócić do CIS Potkan. Tak zrobiłem, byli niezadowoleni, znacznie. Wróciłem jako ostatni, ze śródmieścia miałem bardzo daleko. Spiritus właśnie mówił: - Każdy z naszej piętnastki będzie teraz uczestniczył w akcji likwidacji. Nie będzie to proste. Każdy ma jakąś broń. Udało mi sie wysondować miejsce pobytu Franco, ukrywa się w piwnicy w bloku 7c przy ulicy Gwardii Ludowej, tam też się udamy i zabijemy tego skurwiela - Kurwa mać! - krzyknął Dux – to moje mieszkanie Oniemieliśmy, a więc Franco ukrywał się w mieszkaniu Duxa, niepojęte. Pewnie myślał że tam nikt nie będzie szukał. Jednak mieliśmy naszego czarta. Szybko wyskoczyliśmy na ulicę i pobiegliśmy do miejsca ostatecznego rozrachunku historii szczurzo-kociej. Wzbierała w nas agresja. Jeszcze tylko ten typ i będziemy nikt w mieście prócz SMO nie będzie nam mógł podskoczyć. Weszliśmy do piwnicy, cicho i spokojnie. Dux prowadził, za nim szedł Spiritus. Szliśmy między koszami na pranie gdy z zaskoczenia i cienia, wyskoczyli na nas najbliżsi współpracownicy Franco, jego doborowa gwardia ochronna, szóstka niezwykle głupich lecz ogromnych kotów. Rozjuszyło nas to i zaczęła się krwawa jatka. Fiodor padł w pierwszej kociej szarży. Za nim padł Clermont i jeszcze ktoś, nie zauważyłem kto dokładnie. Właśnie celowałem z procy prosto w oko jednego z tych parszywców. Dostał, zaćmiło go i w tym momencie Władziu przegryzł mu tętnicę, krew prysnęła na metr, niczym gejzer czy fontanna na placu wyzwolenia. Dux był w takim stanie że bił, chlastał, gryzł i nikt nie mógł go dopaść, podobnie Spiritus walczył rozjuszony tak że nikt nie mógłby mu podskoczyć, jego oczy błyszczały czerwienią. Svetlanie kot pazurem wybił oko, zwinęła się z bólu lecz walczyła dalej, a posoka z pustego oczodołu lała się rzęsiście. Wyszedł Franco przed pole bitwy i rzekł: - i co moje szczurki, nadal takie harde? W tym momencie Duxa i Spiritusa ogarnęła taka furia jakiej jeszcze nie widziałem, Spiritus w rękach zmiażdzył głowę jednemu z kotów i rzucił go całego pod nogi Franco który widząc to o mało się nie zerzygał i postąpił krok w tył. Dux natomiast udusił szybko łańcuchem jednego i zdejmując mu łańcuch z szyi zamachnął się tak że drugiemu złamał kręgosłup. Ostatni kot przejechał mi pazurem bo plecach, skuliłem się z bólu i padłem na ziemię. Niemal w tej samej sekundzie Władziu wbił mu nóż prosto między łopatki, wyciągnął i poprawił, i jeszcze raz dźgnął już chyba martwe ciało. Ze zdolnych do walki został Dux, Spiritus i Władziu. Brechtemot miał złamaną łapę. Nie udało mu się spaść na cztery nogi. - I co morderco, nadal żeś taki hardy? - krzyknął Dux do Franco, czarnego kota wielkości psa, niebywale umięśnionego, ze sprytnymi oczyma. - Stań do walki gnojku a padniesz jak twój kolega którego miałem przyjemność zabić, powiem ci że skomlał pod moimi nogami i śpiewał cieńkim głosikiem – zlituj się zlituj, hahaha - Jak śmiesz go obrażać kurwo! - krzyknął Władziu - O, ty też udajesz bohatera? Wyjdzie ci to odbytem, wiesz jak wygląda śmierć? Pośród własnych flaków i uryny? - Nie, ale ty się o tym niedługo przekonasz! - powiedział Dux W tym momencie między nas a jego zstąpił duch Jury. - Witam, cześć Dux, cześć Władziu Wszyscy się wystraszyli, nie wiedzieli co powiedzieć, mi odebrało mowę, jak to możliwe? Zmarły, tutaj? - Ja mam do Ciebie Franco jedno jedyne pytanie – powiedziała nie krępując się zjawa – dlaczego? - Eee, eee – Franco nie mógł wymówić słowa - Dlaczego kurwa? - Bo, bo wyższe sfery PPS (Powszechne Państwo Szczurze) chciały was ograniczyć a SMO nie dawało sobie rady, miałem zabić szefa, o tego tu, jednak pomyliłem was, wszyscy jesteście podobni. Lewaki. Geje. Zdrajcy. - Opanuj się! - krzyknął Dux - O nie! Myślicie sobie że nie wiem jak rżniecie się po nocach, myślicie że nie wiem że jesteście pierdolone sprzedawczyki dążące do tego by państwu powodziło się gorzej? Wszystko wiem, wszystko. Wy kurwy, wy chuje złamane, dziwki, ladacznice, sukinsyny, skurwiele. A ty mój drogi (wskazał na Duxa) jesteś najbardziej pojebanym skurwysynem i wiesz co, ruchałem twoją matkę, gwałciłem ją tak że krzyczała na pół miasta, co, twój ojciec nigdy nie dał jej takiej rozkoszy? Dux nie wytrzymał, rzucił się w pojedynkę na tego wielkiego kociego osiłka, z zaskoczenia. Jeb, strzałem wybił mu trzy zęby i zaraz potem scharatał mu pazurami nos. Krew popłynęła . A on jeb, walnął Duxowi tak że ten padł przed nim. - Śmiesz mnie atakować cioto? Rzucasz się na mnie? Nie przerucham cię, nie jestem twoim koleżką ale wiesz, zrobię ci jeszcze jedną przyjemność przed śmiercią. W tym momencie zsikał mu się prosto na pysk. Nikt nawet się nie ruszył. Wszyscy po prostu patrzyli. Jak zwykle w takich sytuacjach. Wtem pojawiła się druga zjawa, Ramaszka: - Odsuń się od niego! Widząc ją Franco przestraszył się już po raz drugi i resztą moczu obsikał sobie nogawkę spodni. Powiedziała do Duxa: - Kochanie, jeśli nadal coś do mnie czujesz zabij go, na boga zabij! - Dla Ciebie wszystko – odpowiedział z trudem Dux, podniósł się ciężko, popatrzył Franco w oczy i rzucił się na niego po raz drugi. Łańcuchem w nogę, ledwo drasnął. Franco był niezwykle zwinny. Dux nie zdążył drugi raz machnąć gdy ten wbił mu pazury w lewą łapę. Dux zacharczał i ugryzł jego łapę. Franco puścił. Stali nadal naprzeciw siebie, spływając krwią. Zjawy patrzyły, jak i my. Jeszcze jedna szarża, do nieba wzwyż niemalże, znowu stoją, Franco kuśtyka. Zabiją się. Jeden drugiego. - Sczeźniesz! - krzyknął Franco i rzucił się po raz kolejny, jednak był już wolny, przez tą rozjebaną nogę. Dux mimo wyczerpania, czekał i czekał, pół sekundy i byłby martwy, sparował łapę, złapał za ramię i wskoczył na plecy Franco, ten rękami próbował go ściągnąć, rzucał się straszliwie, Dux wgryzł mu się w kark, gryzł coraz głębiej i głębiej. Franco ryczał, a był to ryk tak straszny że wszystkich nas przejęło grozą. Dux nie tylko gryzł, pił jego krew, lepiej niż Dracula, pił i pił i w końcu Franco padł twarzą na posadzkę. Krew rozlała się mocno. A on zaczął dygotać w konwulsjach. Dux zszedł z niego, kopnął go w brzuch z niebywałą siłą jak na rannego, tak że ten przewrócił się na plecy. - I co sukinsynu! Sczeźniesz! Tak właśnie kończy kocio-faszystowska rasa. Dogorywa. Już wiesz jak wygląda śmierć Franco? Już wiesz? I co pan panie łysy, ciota z pana. Po tych słowach, powiedział do Władzia: -daj nóż, podał mu. - Obiecałem coś sobie pokrako – powiedział jeszcze Dux do Franco Wziął nóż i miast poderżnąć mu gardło ten otworzył mu klatkę piersiową, wyciął serce, i zjadł. Tak oto nastąpiło ostateczne rozwiązanie kwestii kociej. Pozbierali nas i zanieśli do Potkana, trzeba się było wylizać. Były duże straty. Zjawy odeszły od razu po śmierci Franco, nic nie mówiąc. Po naszej stronie trzy trupy, Svetlana bez oka, reszta ranna, prócz Spiritusa i Władzia. Trzeba było zapłacić tą cenę. Nikt nie żałował. A Dux pierwszy dochodził do zdrowia. Był krwawym bohaterem. Spiritus nie mógł uwierzyć jak mu się to udało i jak mógł zrobić to co zrobił. - Jura na pewno jest z Ciebie dumny, a i ja także. Teraz ty jesteś największym mordercą w mieście. Nie cieszył go ten fakt, ale cóż. Stawał się coraz gorszy i radykalniejszy. Było to widać. Choć tak naprawdę nikt mu się nie dziwił. - Wiecie co – powiedział – zlikwidowaliśmy tylko przyczynę, skutek pozostał, uzyskamy prawdziwą wolność tylko wtedy gdy zniszczymy PPS, to oni nas inwigilują i nie pozwalają nam żyć tak jakbyśmy tego chcieliśmy. Wygramy z nimi. - Pojebało Cię, chcesz się popchnąć na aparat rządowy? To niemożliwe, powtarzam, niemożliwe – zaperzał się Władziu - A może jednak możliwe? - powiedział z lekkim uśmieszkiem Spiritus – nie dowiemy się jak nie spróbujemy. A mamy jeszcze o co walczyć! skomentuj (0) hist.1 odc.20 2007-01-13 21:12:15 Powoli wszyscy się schodzili. Powiedzieli chyba jeszcze znajomym bo już było nas więcej niż wczoraj na imprezie. A wciąż dochodzili nowi. Miałem niezłego stresa w końcu to była wojna. Bitwa ostateczna jak ta w Stalingradzie. To było całkiem co innego niż wywieszanie plakatów o manifestacji czy uczestnictwo w niej jak niegdyś, choć zaczynało się podobnie. Każdy miał przy sobie jakąś pseudo-broń, brechę, sztachetę, nóż, kij baseballowy, procę, niektórzy nawet broń palną – Berettę, czy Glocka, gdzieś nawet zauważyłem sławetny AK47. Narodowo-socjalistyczne cioty nie miały szans. Spiritus już z rana poszedł się wkręcić w ekipę. Zamienił się w wielkiego kota z łysą pałą, w glanach z białymi sznurówami, czerwonymi szelkami i wielką swastyką wytatuowaną na klatce piersiowej. Wszyscy w niego wierzyliśmy. Gdy Spiritus poszedł Wiktoria nagle zakomunikowała nam że nie idzie z nami bo się boi, nie mieliśmy pretensji, siedziała teraz w kącie na fotelu i patrzyła na wszystkich. Za to Brechtemot założył sobie na plecy dwa bokkeny, za pas wrzucił sobie nunczako i powtarzał z obłędem oczach: - będzie zabawa, będzie zabawa hahahaha. Władziu, Svetlana,Vasyl, Fiodor, Clermont, Kryżownik nawet Thesis, stali już w pełnym morderczym oporządzeniem i z żądzą mordu w oczach. O tak, to był ten dzień! Ten którego wspominać będą po wieki wieków. To był cel życia nas wszystkich. Było już ciemno gdy wychodziliśmy z CIS Potkan, około 140 osobników mających za cel likwidację radykałoprawicowego kurestwa. Nadchodziło shoah. Cicho skradaliśmy się najciemniejszymi zakamarkami ulic, pojedyńczo, przez pół miasta. Gdy byliśmy prawie na miejscu przegrupowaliśmy się w cztery grupy, zgodnie z poleceniem naszego guru Spiritusa. Pierwszą grupą zarządzał Vasyl, drugą – moją – Władziu, trzecią Brechtemot i czwartą Fiodor. Czekaliśmy w niepewności na znak. W swoich grupach, każda była z innej strony budynku dowództwa tych ciuli. Po godzinie wszyscy byli już nie lada zmarznięci. Była zima. Morale zaczęły znacznie słabnąć. Jednak staliśmy dalej. Po półtora godziny Spiritus posłał nam telepatycznie słowa, tzn mi i Brechtemotowi - Dies Irae! Szybko przekazaliśmy to reszcie i ruszyliśmy na budynek. Grupa uderzeniowa numer jeden wchodziła głównymi drzwiami, grupa uderzeniowa numer dwa tylnymi, grupa uderzeniowa trzy przez okna, natomiast grupa Fiodora otoczyła zewsząd budynek kryjąc się w mroku. Tylne drzwi prowadziły do kuchni gdzie nie było żywej kociej duszy. Szliśmy dalej. Wyszliśmy na korytarz gdzie porządek robiła grupa uderzeniowa Vasyla. Wśród kocich miałków wbijali noże, miażdzyli czaszki, skręcali karki, przegryzali krtanie. Żądza krwi opanowała nas wszystkich. Ciepła, ciemnoczerwona posoka płynęła wartkim strumieniem ku drzwiom. Po schodach weszliśmy na górę. Spotkaliśmy czynny opór wyżej postawionych w sztabie kotów. Nie mieli jednak szans. Posypały się łuski kul a potem doszło do walki bezpośredniej. Krótkiej. Przewaga liczebna była miażdząca a i ich upojenie alkoholowe dawało we znaki. Ginęli szybko, lecz boleśnie. Moim łańcuchem rozpłatałem czaszkę jednemu w ten sposób że krew obryzgała w czerwone desenie całą ścianę. Zamordowanemu już chyba, glanem zmieniłem pysk w płaską skorupę. Byliśmy świetnie zorganizowani. Siódemkami wchodziliśmy do każdych drzwi i zabijaliśmy. Tak, to był nas czas. Czas zemsty. Z Władziem i kilkoma innymi weszliśmy do pokoju bossa, był pusty. Uderzyło nas tam, nie chcieliśmy zapeszać że go nie ma w budynku choć wydawało się to oczywiste. Jeśli go nie zajebiemy wszystko stracone, wszystko na nic. Gdy na górze zostały stosy martwych kotów zeszliśmy na dół, idąc po zwłokach doszliśmy do głównego pokoju gdzie była wcześniej kocia impreza. Mieliśmy kilku rannych, ale chyba niegroźnie. Tu też cała posadzka była w krwi i ciała walały się wszędzie. Spiritus podszedł do nas, już jako szczur: - Góra gotowa? - Tak jest! - odpowiedział Władziu Po minucie dołączyła do nas grupa uderzeniowa numer trzy, Spiritus zapytał się ich - Gotowe? - Jasne szefie – odpowiedział Brechtemot liżąc z krwi swoje pazury i trzymając w drugiej łapie peta. - Kończymy tą imprezę! - powiedział Spiritus - Czekaj czekaj! - powiedziałem szybko, widział ktoś Franco? Odpowiedziała mi cisza - Nikt ?? - powiedziałem z niedowierzaniem - Nie ma teraz czasu Dux! - powiedział Spiritus, zaraz tu będzie SMO a wiesz co oni z tobą zrobią jak cię spotkają. - Kończymy! Wyznaczeni do tego zaczęli polewać benzyną wszystko wokół, biegali po pokojach, a grupa Fiodora najwyraźniej robiła to samo tylko zzewnątrz. W pewnym momencie Spiritus dał rozkaz: - Na zewnątrz zbiórka! Wyskoczyliśmy na zewnątrz, tu też pokotem leżały ciała kotów które najwyraźniej chciały uciec. Ustawiliśmy się dość daleko od budynku, razem z grupą Fiodora. Ostatni wychodził Spiritus z Brechtemotem: - Wyrzuć w końcu tego peta, śmierdzi – powiedział Spiritus Brechtemot rzucił go na ziemię przed budynkiem. W okamgnieniu rozgorzał w ogniu jak wielkie ognisko. Palił się, smród był uderzający a czerwoną łunę musieli widzieć daleko stąd. To był znak naszego triumfu. Nasze zwycięstwo. Patrzeliśmy oniemieli. - Powrót to Potkana! Każdy osobno! Szybko – wyrwał nas z tego anielskiego widoku Spiritus Miał jednak rozsądek i rację. Pobiegliśmy, każdy w swoją stronę by znów spotkać się w CIS Potkan, naszym drugim domu. Czuliśmy się jak bohaterzy Chanson de geste, nawet lepiej, jak herosi z mitologii. Udało nam się, tak to było coś, ta chwila gdy zapaliła się ta rudera to był moment dla którego było warto żyć. Niepokonana lewacka szczurza armia. Bez strat pokonała wroga. A ja znowu miałem po co żyć. A zemsta była słodka i pachniała śmiercią. Spełniona apokalipsa gorszej rasy. Został jeszcze tylko jeden triumfalny czyn, zabicie Franco, wyrwanie mu serca i zjedzenie, gdy on jeszcze będzie na to patrzył przez ostatnie sekundy swego parszywego życia. Tak, jeszcze tylko to! I Dokona się szczurzy Dies Irae. skomentuj (0) hist. 1 odc.19 2007-01-13 21:07:01 Dolatywaliśmy już tym niemieckim złomem marki Trabant nad moje miasto. Nie lubiłem tego typu podróży, choć w sumie była to dopiero moja druga taka podróż. Mój lęk wysokości sprawiał że czułem się nieswojo, bardzo źle. Oto byłem już nad moim najukochańszym miastem z którego musiałem emigrować przez jebane SMO. Pewnie do teraz mnie szukali, będą mieli okazję mnie znaleźć, wracam tu, na stare śmiecie, pusty i nic nieznaczący. Przez ten krótki okres czasu zmieniłem się znacznie, wszystko uleciało, wiele się skończyło. Moja najdroższa opuściła mnie, nie mogłem przestać o niej myśleć, łzy cisnęły się do oczu. Kochałem ją, przez jeden głupi wybryk straciłem ją. Miałem wielkie wyrzuty względem moich nowych znajomych. To oni zabili mnie, ją i moją miłość, nie, miłość nie, nadal ją kochałem. Będę ją kochać, dopóki będę żył. Marne szczurze życie. Może nie należało się przejmować. W końcu jednostka się nie liczy i jej problemy też. Tak jak w Campo di Fiori, wszyscy przechodzą obojętnie obok bólu innych. Zawsze w takich sytuacjach jest się samemu a samotność potęguje ból w dwujnasób. Wysiedliśmy z naszego wehikułu przestrzeni i czasu pewnie też prosto przed drzwi CIS Potkan. Mojego drugiego domu. Spokojnie, cicho i miękko pruszył drobniutki śnieg osadzając się na nas. Nie musiał śpieszyć się nigdzie, był spokojny. Weszliśmy do środka. Toczyła się wielka impreza. Było gdzieś z setkę pieprzonych lewaków. Przeciskaliśmy się ciężko przez tłum, próbowałem wypatrzeć jakąś znajomą twarz. - Władziu!! - próbowałem przekrzyczeć tłum gdy zauważyłem przyjaciela - Dux!! Co ty tu robisz!! Gdzie Ramaszka?? SMO nadal cię szuka, ryzykownym jest pokazywać się tutaj, na imprezach zwykle są konfidenci i szpicle!! - Wróciłem, to moi nowi znajomi, Spiritus, Wiktoria i Brechtemot. Witam w naszych skromnych progach – rozpromienił się Władziu patrząc na ogromne gabaryty Spiritusa i wyjątkowo okazałe atrybuty Wiktorii – czujcie się jak u siebie. - Dux, gdzie jest Ramaszka? - nie chciał dać spokoju - Uciekła ode mnie – powiedziałem – wiesz, ciężko mi o tym mówić, to zdarzyło się wczoraj, uciekła do innego. Opowiem ci kiedy indziej całą historię, nie uwierzysz – Nie chciałem wszystkiego rozstrząsać, było to dla mnie na ten moment zbyt bolesne. Zresztą teraz nie uwierzyłby mi w Atlantydę. - Kto to jest w ogóle? Ci twoi znajomi? Nie uwierzysz! Spiritus to arcydiabeł wyjebany z nieba, Brechtemot – ten kot, to jego przyjaciel który nam pomógł a Wiktoria to laska którą poznaliśmy będąc na imprezie na Atlantydzie. - Nie pierdol mi głupot koleś, nie wierzę w ani jedno słowo. - No kiedy mówię prawdę, potem ci to udowodnimy. Słuchaj, udało mi się porozmawiać z Jurą, zabił go Franco, szef tych kocich skurwieli, musimy go pomścić! - Czekaj czekaj, jak mogłeś rozmawiać ze zmarłym? Czy ci się coś na tym wygnaniu między klepkami nie popierdoliło? - Naprawdę z nim rozmawiał a przybyliśmy tutaj by go pomścić – wtrącił się do rozmowy Spiritus - O, pan diabeł się odezwał – ironicznie skontrował Władziu - Nie wierzysz? - Ani trochę! - To patrz! W tym momencie Spiritus na moment przemienił się w legwana by zaraz wrócić do swej szczurzej postaci - JAK!! jak ty to zrobiłeś? Szarlatan! - Nie szarlatan a Szatan! - odpowiedział Spiritus - Cóż tu się wyprawia normalnie, no dobra ale jak chcemy pomścić Jurę?? - - - Jestem za tym ale to nie jest takie proste. - Najpierw musimy zjednać sobie ludzi, zaraz wygłoszę mowę, a co do planu to myślę że się wkręcę jako kot w kocie układy i na ich zebraniu gdy będzie odpowiedni moment wezwę was, telepatycznie i zrobicie napad, gdy wszystkie kocie kurwy będą w sztok pijane. Zabijemy ich, a z Franco rozprawimy się wyjątkowo okrutnie. - Plan sam w sobie niezły, ale do tego trzeba masę szczurów. - Daj mi moment – powiedział spokojnie Spiritus Wyszedł na europaletę na której jeszcze nie dawno swoje wiersze recytowała Ramaszka i krzyknął: - Cisza!! - zaległa momentalnie, wszystkie oczy zwróciły się w jego kierunku. Te trochę i te bardzo upojone już alkoholem także. - Towarzysze!! Nasz przyjaciel Jura zginął niedawno z rąk kocich prawicowych kurw. Wiemy że stał za tym ich boss – Franco – nie możemy im temu puścić płazem! Szczególnie będąc ssakami jak i oni. Jeśli damy im palec odgryzą nam rękę, zniszczą nas i naszą lewicową myśl. Bestialsko zamordują lub powieszą. Jesteśmy silni, jesteśmy szczurami, nie damy sobą pomiatać! Musimy się zjednoczyć bo w tym jest nasza siła! Musimy ich pokonać, raz na zawsze, zamordować ich zanim oni zamordują nas! Nadchodzi Dies Irae jeśli Ty nie dołączysz, przegramy. Zemsta za wszystkie kocie zbrodnie będzie wielka i okrutna. Ruszmy razem i w końcu niech zginą, sczezną we własnych odchodach! Nie będziemy dawać im po łapach, my im je odgryziemy! Nie będziemy ich bić po pysku my im go rozjebiemy o framugę. Nie damy się! Wygramy! Chodźcie z nami, ku triumfie by stojąc nad zwłokami tych ścierw powiedzieć Veni Vidi Vici. Niech się stanie! Wszyscy, jak jeden mąż zaczęli skandować i bić oklaski. Wszyscy już wiedzieli że to właśnie ziszcza się marzenie ich życia i że właśnie teraz trzeba wystąpić, że właśnie teraz trzeba wygrać. Bo nadszedł Dies Irae. Dzień gniewu. Byłem poruszony przemową Spiritusa, jego zdolności oratorskie były niesamowite, potrafił mówić tak że poruszał tłum czemu dał właśnie obraz, potrafił manipulować. Teraz mając takie morale nie mogliśmy przegrać. Gdy Spiritus zszedł z europalety Władziu podszedł do niego. - Nieźle towarzyszu! Co teraz? - Rozgadaj ludziom, niech dzisiaj się bawią, jutro po południu niech wszyscy zbiorą się tutaj. Jutro rozpoczniemy wojnę którą wygramy. - Sie robi! - powiedział rozanielony Władzio i poszedł rozpowiadać. - Świetnie Spiritus – powiedziała zaraz Wiktoria - To żeś dowalił chłopie – krzyknął Brechtemot z petem w ryju - Na pohybel skurwysynom – powiedziałem pełny obaw ale i będąc w stanie ekstazy. W końcu była szansa zrobić to, czego zawsze się baliśmy, o czym myśleliśmy że jest niewykonalne. Poszliśmy chlać. By zapomnieć o jutrze. skomentuj (0) hist.1 odc.18 2007-01-11 21:55:18 Jak codzień siedziałem na ławce niedaleko skansenu. W parku. Za pazuchą miałem jeszcze pół legendarnej nalewki Kauczuk. Czerwonej. Bo dłużej trzymała banie. Było wcześnie, ok 11, nie było jeszcze nikogo ze starej kompanii pijaczyn. Siedząc tak zaczepiło mnie dwóch wyrostków: - ma pan szlugę? - A mam – odpowiedziałem mając w kieszeni skręty własnej roboty - Da pan? - zapytał jeden z nich - Dlaczego miałbym nie dać, jak mam dam zawsze, licząc naiwnie że jak sam będę w potrzebie też ktoś nie poskąpi – odpowiedziałem – siadajcie Usiedli razem ze mną. Trochę niepewnie. - Proszę – powiedziałem i podałem im dwa skręty - Co to? - zapytali niemal chórkiem - Skręty, sam robiłem, nie są złe, palcie – odpowiedziałem i dałem im ognia Zdruzgotani faktem że będą palić coś takiego mimo wszystko odpalili papierosy. Cieszyłem się że siedzą obok mnie, choć przez chwilę mogłem nie czuć się samotny. Miałem do kogo otworzyć moją parszywą gębę. - Wy nie w szkole? - zapytałem - Dziś nie proszę pana, wagarujemy bo jest sprawdzian z matematyki – odpowiedział ten bliżej mnie - Rozumiem, też tak kiedyś robiłem – powiedziałem – tak w ogóle to nie jestem żaden pan tylko Ołwer, Heniek Ołwer, Nie lubiłem gdy ktoś zwracał się do mnie per pan, czułem się wtedy jakbym był kimś, a nie byłem, już długo nie byłem. - Dobrze proszę pana – odpowiedział jeden - Ołwer! - napomknąłem - Tak, Ołwer, przepraszam, nie obrazisz się...Ołwer, jak wypijemy sobie piwko? - Ależ skąd, a wy nie obrazicie się jak chlapnę sobie nalewki? - A gdzie tam - To pijmy! Pociągnąłem dużego łyka i schowałem nalewkę z powrotem. Chciałem z kimś normalnie porozmawiać, wyżalić się, oni byli jedyni,nie miałem wyjścia. - Wiecie, też kiedyś byłem młody. Skończyłem liceum nr 1, potem poszedłem na politechnikę, na architekta. Obroniłem magistra. W międzyczasie spotkałem Sonię, kobietę niezwykłej urody i o niezwykłym charakterze, chyba jedyną osobę na świecie która potrafiła mnie naprawdę zrozumieć. Zakochałem się, chyba z wzajemnością. To były najszczęśliwsze lata mojego życia. Pracowałem za niezłe pieniądze i kochałem. Miałem wszystko o czym tylko można marzyć. Jednak, po dwóch latach znalazł się jeden kutas któremu też podobała się Sonia. Zaczęła mnie zdradzać, ot tak, gwoli rozrywki jak sądzę. Hamletyzowałem. Przez to właśnie, że nie działałem zostawiła mnie dla tego chuja za przeproszeniem, ale inaczej o nim rzec nie mogę. Nie mogłem się z tym pogodzić, znaczyła dla mnie wszystko i bez niej nie byłem niczym, pieniądze nic nie znaczą, wiecie. Wtedy właśnie zacząłem poważnie pić, upadlać się i robić różne nieprzyjemne rzeczy. W pracy nadal to jakoś tolerowali, byłem niezłym fachowcem. Minęło kilka lat, trochę mi przeszło, tylko trochę. Spotkałem Atrofię, kobietę także po przejściach podobnych do moich. Wydawało się że się rozumiemy. Wzieliśmy ślub, z rozsądku, bez miłości. Nie było źle, urodziła mi trójkę wspaniałych dzieci. Nadal piłem, często, za często, lądowałem na izbie raz za razem, niemal jak niektórzy posłowie. Było coraz gorzej. Zacząłem bić żonę, psychicznie znęcać się nad dziećmi. Mieli mnie dość, serdecznie dość. Czasami po pijaku miałem takie agresory w domu, obwiniałem wszystkich o wszystko, prócz siebie. Wywalili mnie z pracy. W tym momencie przebrała się miarka goryczy. Żona odeszła z dziećmi. A ja wylądowałem tutaj, na zasiłku, osiem długich lat temu. I po prawdzie nie ruszyłem się z tej ławki. Jakby to powiedzieć vanitas vanitatum et omnia vanitas. I wiecie, Szekspir się mylił pisząc że sen jest tylko cieniem. Nie! Sen jest ukojeniem! Tylko w nim doznawałem strzępków spokoju i był dla mnie odskocznią, razem z tym co mam za pazuchą. Moją jedyną miłością dla której poświęciłem życie. Moje dzieci są już dorosłe, czasami tu przyjdą, dają jakąś kasę staremu ojcu, zamienią kilka słów. Brzydzą się mnie i wstydzą. Całe życie się mnie wstydzą. I mają mi za złe, że nie dałem im prawdziwego beztroskiego dzieciństwa, że nie dałem im miłości. Dekadentyzm nie opuszcza mnie ani na krok, ba! Apokalipsa i to paradoksalnie nie ta św. Jana w stosunku do mnie dokonała się tak dawno. A ja nadal tu siedzę i powtarzam sobie memento mori. Lecz cóż to znaczy gdy jestem choć tak naprawdę mnie nie ma. Rozumiecie o co chodzi? Niech moje życie będzie dla was przestrogą. Nie popadajcie w skrajności bo niszczą wszystko. Zdrówko! I wziąłem kolejnego łyka. Było mi lepiej, wygadałem się a oni patrzyli na mnie zdumieni. Zarośniętego, zmęczonego i starego. Nie wiedzieli co odpowiedzieć na mój monolog. Na moją biografię. Dopili piwo i powiedzieli - Do widzenia Ołwer - Do widzenia moi drodzy I dalej siedziałem na ławce, jak codzień, głaszcząc po szyjce moją jedyną miłość... skomentuj (2) hist.1 odc.17 2007-01-11 21:50:56 - Jesteś chociaż w stanie rozmawiać? - Kurwa pytam się czy jesteś wciąż napierdolony! - Jebany chuj! - Cześć Kryżownik - Witaj Thesis, co się dzieje? Siadaj, zapal sobie, widzę że jesteś zdenerwowana - Kurwa mam dość – powiedziałam – ten debil twój kolega zachlewał ostatnie trzy dni z Vasylem. Powiedz mi po kiego on mi dawał ten pierścionek? Żebym mu go oddała? - Nie wytrzymałam, zalałam się łzami - Spokojnie Thesis – powiedział i pogłaskał mnie po głowie – sama dobrze wiesz jaki jest Clermont, lubi wypić - Słuchaj, wszystko ma swoje granicę, dobrze popili sobie jeden dzień, nie mam nic przeciwko, ale słuchaj wczoraj miał do nie wpaść o 10, czekałam, obudził się o 16, dzwoniłam do niego, powiedział że jest zmęczony i nie ma czasu, a potem Vasyl do niego zadzwonił i poszli chlać, i to jeszcze z tą cipą Svetlaną. - Ojjj, to niedobrze, wy ze Svetlaną nadal się nie lubicie? - Wiesz dobrze że jak byłam poza miastem ta suka obrobiła mi dupę. Wielka mi kurwa przyjaciółka. - Może porozmawiaj z Clermontem? - powiedział troszkę zażenowany Kryżownik - Ile można? Nie będę z kimś kto zachowuje się jak dziecko i nie umie sobie wyznaczyć priorytetów. On totalnie głupieje po alkoholu. Wiesz że ta suka się do niego dowalała? - Eee, nie, ale w sumie może masz rację. Jesteśmy z sobą cztery lata, chyba powinien być po mojej stronie a nie tej zdziry? Prawda? - No tak, masz oczywiście rację ale może to tak po prostu wyszło? - Chodzi o to, że ona szuka teraz na siłę przyjaciół, już słyszę jej słodki głosik – mogę przyjść ? Wypaliliśmy. - Odprowadzisz mnie? - zapytałam - Spoko, mam trochę czasu a widzę że Tobie przyda się towarzystwo – odpowiedział - Szliśmy między blokami, najkrótszą drogą do Clermonta, byłam roztrzęsiona, bardzo. - Pamiętasz, niedawno zaatakowały nas koty, jak szliśmy z Duxem, który notabene stchórzył i uciekł, ale to nieważne. Clermont wstawił się za mną, trochę go pouszkadzali. Potem było lepiej, zachowywał się jakoś. A teraz znowu, jak kiedyś, jak prawie zawsze, wypije to nie skończy. Nie będę marnowała życia dla takiego buca. Boję się tylko że prędzej go zabije niż z nim zerwę. Kocham go. - Musisz być twarda i musisz wiedzieć czego chcesz. Inaczej do niczego nie dojdziesz. Po co ci niesforne dziecko. - On już jest za stary żeby go wytresować. Wóz albo przewóz, jestem praktycystką, zerwanie z nim to cel osiągalny który dzisiaj osiągnę. Rozmawialiśmy jeszcze pewien okres czasu, potem Kryżownik powiedział że musi już iść, i skręcił w uliczkę w prawo, idącą w stronę rynku. Rozlało się totalnie. Gdy zapukałam do drzwi Clermonta byłam zmoknięta i zziębnięta, ale to nic w porównaniu z tym co czułam. Wielka niepewność ziębiła moje serce i doprowadzała do niemalże do palpitacji. Zapukałam w drzwi - Witaj Thesis, wchodź – powiedziała mi na powitanie mama Clermonta - Witam panią – odpowiedziałam trochę za oschle - Stało się coś moje dziecko? - zapytała – zaraz naparzę herbaty żebyś się rozgrzała, opowiesz mi wszystko. - Niech się pani nie kłopoczę, wpadłam tylko na chwilę – odpowiedziałam dość niepewnie i poszłam do pokoju Mojego Prawie – Ex. Leżał na łóżku i patrzył, w sufit, jak zwykle. Gównorób, nic więcej. To wszystko nie miało sensu. - Przyszłam tylko żeby ci to oddać – powiedziałam i położyłam pierścionek na stoliczku nocnym obok łóżka Popatrzył z niedowierzaniem. - Co? Kpisz? - odparł nagle - Nie, zrywam z Tobą, nie będę przez takiego patafiana jak ty marnować sobie życia! Zastanawia mnie tylko dlaczego dałeś mi ten pierścionek, żebym ci go zwróciła? - Nie rób tego, wiesz dobrze że Cię kocham – odpowiedział - Taaa, a okazujesz to zalewając się trzy dni pod rząd ze Svetlaną i Vasylem tak? Wielka mi kurwa miłość! - ostatnie słowa wykrzyczałam - Thesis! Co ty myślisz że będę kurwa klęczał codzień pod twymi stopami? Potrzebuje wolności! - powiedział - A kto ci broni! Ale trzy dni, z ludźmi których nienawidzę? Powinieneś być po mojej stronie! Zapomniałeś o spotkaniu ze mną, jesteś nieodpowiedzialnym kutafonem i tylko tyle. Nie mam ci nic więcej do powiedzenia. Żegnam! Po tych słowach wypadłam z jego pokoju i wyszłam na ulicę. Odniosłam zwycięstwo, może i pyrusowe ale zawsze zwycięstwo. Rozbeczałam się totalnie. Ale czułam że w gruncie rzeczy postąpiłam słusznie, choć to aż cztery zmarnowane lata, dobrze że tylko cztery. Nie jestem gorsza od niego, z rozpaczy jaka mnie ogarnęła poszłam zalać się jak świnia, nie, gorzej, jak Clermont. Bo mnie też tylko na to stać. skomentuj (0) hist.1 odc.16 2007-01-09 23:37:52 Szybko dążyliśmy po exomie do świątyni. Substancja ta zastępowała wszelką komunikację miejską, i to zwykle bezwypadkowo. Gdyby coś takiego było na ziemi księżna Diana najprawdopodobniej żyłaby do dzisiaj. Z prawej jechał Dux, oszołomiony całą sytuację, jednak gdy już się troszkę wprawił widać że mu się to spodobało, zresztą zaczął poważnie forsować tempo. Nie mam pojęcia po co się tam śpieszył, że niby zależało mu na kobiecie? Kpina, kobieta to tylko narząd przyjemności i chodzący inkubator, jak można dla niej cokolwiek poświęcać? Choć w sumie zaspokajała też kwestie estetyczne, tak jak teraz Wiktoria w swojej zwiewnej na pół przeźroczystej sukieneczce. Budziła pożądanie, nie tylko nasze ale innych uczestników tego dziwnego ruchu także. Na Atlantydzie bywałem nie raz i nie dwa, ale w świątyni nie byłem nigdy. Dux był zszokowany jej rozmiarami, w końcu na ziemi uchodziłaby za największy i najwspanialszy cud świata. W środku panował przyjemny chłód i mistyczna, sakralna cisza. Najróżniejsze istoty, w większości zapewne turyści błąkały się po niej nie wiedząc gdzie skupić swój wzrok. Gdzieniegdzie było widać Kapłanki Misternej Ciszy, opiekunki świątyni. Były to młode dziewczyny, pewnie jeszcze adeptki, ubrane na blado różowo w togi kroju żywcem chyba wziętego ze starożytnego Rzymu czy Grecji. Większość była ładna, i wcale nie musiała ślubować czystości czy innych pierdół, seks pomagał w ujrzeniu rzeczywistości lepszą, pełniejszą, wspanialszą. Dux miotał wzrokiem po wszystkich kątach głównego holu świątyni. Popatrzyłem na Wiktorie i wskazałem jej go wzrokiem. Powiedziała: - Dux, ona będzie tam! Chodź! Szybko poszedł za nią a ja za nimi. Weszliśmy przez drzwi z ogromnym napisem komunikacja wyrytym na drewnie w stylu gotyckim. Gdy przeszedłem przez drzwi Dux już miotał się po ogromnej kryształowej komnacie. - Nie ma jej, nie ma, nie ma jej - powtarzał coraz głośniej coraz bardziej łamiącym się głosem Chwilę potem wybuchnął na nas: - Okłamaliście mnie! To był jakiś cholerny spisek, wy wszyscy, wy kurwy! Zabraliście mi ją! Zabraliście! - Uspokój się, ponoszą cię emocje, wiesz dobrze że nic nie zrobiliśmy – powiedziała próbując zachować spokój Wiktoria - Kłamcy! Cholerni kłamcy! Psy! - krzyczał Dux - Możesz się uciszyć i uspokoić – powiedziała młodziutka kapłanka która właśnie podeszła do niego. - Nie, nie mógłbym cipo! - powiedział do niej plując jej tym samym w twarz - Jeszcze jedno słowo! - zagroziła mu - Uspokój się gnojku! - powiedziałem ostro i popatrzyłem mu prosto w oczy, wysłuchał - Pani kapłanko, szukam kobiety o imieniu Ramaszka, miała tu być – wybąkał – i, przepraszam - Nic się nie stało mój drogi – odpowiedziała – a swoją drogą jest tu taka, żądała pełnej projekcji, właśnie jest w trakcie niej. - Gdzie mógłbym na nią poczekać? - zapytał Dux - Zaprowadzę was – odpowiedziała kapłanka - Zaprowadziła nas do małej sali z długimi ławami, usiedliśmy w kącie, byliśmy jedynymi osobami w tej sali. Kapłanka uznała że pozostanie z nami, pewnie bała się zostawić Duxa samego by znowu nie zaczął krzyczeć bo to jedna z największych obelg dla tej świątyni. Czekaliśmy około kwadransa gdy do naszej poczekalnio-sali wszedł nie kto inny a Brechtemot, do tego widać ciężko obrażony i oburzony - Wyobrażacie sobie że te idiotki kazały mi przed wejściem tutaj zgasić cygaretę ? - Wie Pan, to jest świątynia, obowiązują pewne zasady – odpowiedziała kapłanka - Oszzzz – wybąkał bo dopiero teraz zwrócił na nią uwagę – przepraszam najmocniej za wcześniejsze słowa, mimo wszystko jednak nie widzę nic złego w paleniu papierosów, a takie zachowanie jest najpospolitszą dyskryminacją palących! - Brechtemot, uspokój chłopie hormony! - powiedziałem - Dobra stary, to co, jedziemy na libację gdzie indziej? - Jeszcze nie, mamy tu troszkę spraw do załatwienia. - Mam nadzieję że nie zajmie wam to dużo czasu! Chce mi się kurzyć! - Będziemy tu siedzieć tyle ile uznamy za stosowne Brechtemot a swoje uzależnienie karm sobie plastrami NiQuitin albo innym Nicorette, nas ono nie obchodzi! - Łatwo ci mówić cioto! - Uspokójcie się! - powiedziała kapłanka Tak też zrobiliśmy, Brechtemot usiadł obok nas i siedział, i widać było że denerwował się niemalże jak Dux, po kilku minutach zaczął dłubać słonecznik. - Proszę Pana! W świątyni nie można jeść! - powiedziała natychmiastowo kapłanka - Ależ, ja muszę coś robić żeby zapomnieć o paleniu! - odpowiedział gorliwie - Niech w takim razie Pan się modli – odpowiedziała - Pani jawnie sobie ze mnie kpi! Jestem kot z piekła rodem, nie modlę się! - powiedział - To siedź Pan i niech nie waży się pan niczego spożywać! - powiedziała zirytowana 10 minut od opierdolu Brechtemota przez kapłankę weszła do sali zapłakana Ramaszka. Dux wybiegł w jej stronę, ta popatrzyła na niego, on na nią, złączyli się z sobą, przytulili, i trwali tak i trwali i szeptali sobie coś, czego nawet Ja, Szatan nie mogłem zrozumieć. - Wiecie, tamta osoba z którą rozmawiałam, ona, ona się dla mnie zabiła, ona powiedziała że jeżeli nie może ze mną być to nie ma po co żyć – łkała Ramaszka - Ciii, już dobrze – mówił jej do ucha Dux – usiądź, ja musze porozumieć się z Jurą Ramaszka usiadła, głowę dała między kolana i cały czas łkała przeraźliwie. - Kapłanko – powiedział Dux – mógłbym się porozumieć na dosłownie moment z moim zmarłym przyjacielem? - Oczywiście mój drogi, ale musisz rzucić na ofiarę na świątynie – odpowiedziała Taaa, nieważne czy wiara kręci się na ziemi czy na Atlantydzie, wbrew woli Ojca mego i tak chodzi tylko o kasę i panowanie nad ludźmi - Ma ktoś pożyczyć jakieś fundusze? - zapytał Dux, nie miałem nic, Brechtemot i Wiktoria też nie, odezwała się Ramaszka: - Ja mam, proszę kapłanko – podała jej dwie zielone monety - Dziękuję moje dziecko, proszę Pana, możemy iść do pokoju komunikacyjnego – powiedziała kapłanka - Momencik, Ramaszka, skąd wytrzasnęłaś tutejszą walutę? - zapytał Dux Myślałem że w tym momencie spowoduje powódź swoimi łzami, jak w Polsce w 1997 roku, po chwili troszkę się uspokoiła i powiedziała: - Wiesz, wczoraj, nie miałam gdzie się podziać, tamten facet z którym mnie widziałeś schlał się jak wieprz i mi się zgubił, spotkałam innego i...i...zapłacił mi dużo pieniędzy za seks, nagrywany... - Pierdolisz! - Krzyknął Dux! - Zabije go! - Zrobiłam to z własnej woli i nie próbuj robić kolejnych głupstw – powiedziała stanowczo mimo płaczu Wszyscy oniemieliśmy, ta porządna śliczna szczurzyca puściła się za kasę, i to jeszcze dlatego by zostać gwiazdą porno? Niepojęte! Dux zagryzł szczękę, po chwili gdy unormował mu się trochę oddech powiedział: - Kapłanko, prowadź Ta wyszła z nim przez drzwi z drugiej strony sali przez które przyszła do nas Ramaszka. Siedzieliśmy cicho, jedyne odgłosy wydawała Ramaszka swoim nieustającym łkaniem. Nikt nie miał jej za złe. Siedzieliśmy tak góra dziesięć minut gdy Dux wrócił. - Słuchajcie! Na Jurę był zmasowany atak Kociej Partii Narodowo – Socjalistycznej i to oni go zabili, dokładniej ich dowódca Franco. Musimy go pomścić! Musimy pomścić naszego przyjaciela, tu i teraz, w tej świątyni przysięgam że nie spocznę dopóki nie zabiję tej francy Franca! - W takim razie musimy wracać do twojego miasta i zacząć działać – powiedziałem najspokojniej - Tak!, Brechtemot! Jedziemy! - powiedział Dux - Eee – zająkał się Brechtemot – bo wczoraj trochę popiłem no i mój Cadillac uległ dziwnemu wypadkowi, nieprzewidywalnemu, z dużą prędkością uderzył w nas słup telekomunikacyjny, na szczęście spadłem na cztery łapy. Na szybko udało mi się załatwić jedynie Trabanta, a on jest czterosobowy, nas jest pięcioro. - To ta zdzira też jedzie? - wybełkotała Ramaszka - Tak, jadę moja droga – odpowiedziała Wiktoria - Sama słyszysz że nie ma miejsca dla Ciebie – skontrowala Ramaszka - Albo dla Ciebie suko – zripostowała Wiktoria - Mam dość! - powiedziała Ramaszka i zalała się łzami – Jak mogłeś, jak mogłeś pozwolić tej kurwie jechać z nami Dux, jak mogłeś! W czym ona jest lepsza odemnie! W czym? Łudziłam się nadzieją że wczoraj to był tylko wybryk, teraz widzę że jednak nie. To koniec Dux! Koniec! Nie ma już dla Ciebie miejsca w moim świecie. Idę ku śmierci, ku temu, który zginął bo nie mógł być ze mną za życia, za to będzie ze mną przez całą wieczność, ja, z kimś kto mnie naprawdę kocha a nie traktuje jak szmatę! Żegnaj... - załkała raz jeszcze – Kochałam Cię... I wybiegła trzaskając za sobą drzwiami. Dux stał przez chwilę oniemiały po czym chciał ruszyć za nią. Brechtemot go złapał, ten wywinął mu łokciem w pysk. Miałem dość złapałem go obiema łapami, nie miał szans na cokolwiek. - Puszczaj mnie! Puszczaj skurwysynu! - krzyczał - Uspokój się! Już po wszystkim, nie ma jej – powiedziałem spokojnie - Puszczaj! - I tak wolę Wiktorie – powiedziałem spokojnie Po kilku minutach szarpaniny dał za wygraną, jednak wybudował sobie w mgnieniu oka mur berliński z 1961 czy też lepiej, Atlantydzki, ignorował nas, nic nie mówił, łzy leciały z jego oczu, wolno, sentymentalnie. Weszliśmy do starego, rozpadającego się Trabanta – Wiktoria, Ja, Brechtemot i Dux. Kot zapalił peta i ruszyliśmy po piskach główną drogą by rozpędzić się do wylotu, Trabant pruł już 145km/h gdy przed maskę wyskoczyła – Ramaszka, wszystkich nas rzuciło na przód, ale nikt nie wypadł z auta, ona natomiast poszybowała w powietrzu daleko. Upadła z odgłosem łamanych kości. Krew rozlała się dookoła niej tworząc dziwne wzory. Dux wyskoczył z auta. Padł na jej ciało i płakał jak dziecko. Złączyła się ze swoim zmarłym artystą – kochankiem. I będą już razem. Opuściła go, choć on też ją kochał. Choć była to miłość największa i najwznioślejsza jaką widziałem, i miała być ogromna i piękna, a stała się tragiczna. A w myślach nazywałem naszą nową przyjaciółkę Wiktorie – Femme Fatale. Bo jakżeby inaczej, nawet w tym momencie na jej twarzy można było zauważyć nutkę rozbawienia, przez co podobała mi się tym bardziej. Nie śpieszyliśmy się jednak, gdy ciało zostało wzięte do Krematorium my wzięliśmy ciało Duxa, z którego chyba też tylko tyle zostało do auta, szedł spokojnie, płacząc, godząc się na wszystko. Nic go nie obchodziło. Nic. Odlecieliśmy tam, gdzie znowu miał mieć po co żyć, by spełnił swoją obietnicę – zemstę. I by stał się jeszcze gorszy niż jest, o ile to możliwe, bo już zdążył zabić własną miłość, dosłownie i w przenośni. skomentuj (0) hist.1 odc.15 2007-01-09 23:31:29 Obudził mnie wielki kac – moralny. Z mojej prawej strony leżała naga Wiktoria, za nią dalej Spiritus. Na jej różowe sutki umiejscowione na obfitych, kształtnych i jędrnych piersiach padały pierwsze promienie wschodzącego Atlantydzkiego słońca. Zdałem sobie sprawę że naprawdę nie wiem gdzie jestem, czy to wyspa czy może inna planeta czy może jeszcze coś całkowicie odmiennego od tego wszystkiego. Sam jej widok zapierał dech, oddychała powoli, równo, lekko rozchylonymi pełnymi wargami, włosy walały się w bezładzie po poduszkach co dodawało niezwykłego uroku. Mógłbym spędzić życie patrzeć na to, jednak coś mi nie dawało spokoju wewnętrznie zakłócało całą harmonię chwili. To coś to była Ramaszka, nie mogłem skupiać się na innej kobiecie, choć to kurwa przecież robiłem. Jednak nie czułem się winny, przyjemności jakiej doznałem wczoraj nie dałaby mi Ramaszka, Wiktoria była dużo bardziej doświadczona i chętna do wszelkich eksperymentów, szczególnie tych w trójkątach. Słońce było już wysoko gdy się przebudzili, bez jakiejkolwiek żenady Wiktoria naga poszła robić śniadanie, Spiritus widział że się martwię i wiedział o co chodzi, to była jedyna osoba która zawsze wiedziała o co chodzi. - Nie martw się, chyba wiem gdzie spotkamy tą twoją niewierną - Że niby gdzie? - zapytałem - Słuchaj stary, to jest Atlantyda, inny świat, na pewno poszła się porozumieć ze zmarłymi, a żeby to uczynić trzeba pójść do świątyni i pewnie tam ją właśnie znajdziemy. - A skąd ona miałaby o tym wiedzieć? - Nie bądź głupi, wystarczyło że się wczoraj kogoś zapytała, a zapytała na pewno, gwarantuje ci to! Wiedziałem że wie że tam będzie, mimo wszystko troszkę się martwiłem. Zjedliśmy śniadanko, Wiktoria nadal perwersyjnie eksponowała swoje kuszące kobiece atrybuty. W pewnym momencie Spiritus wziął mnie na stronę: - Słuchaj Dux, niech ta lalunia się do nas dołączy, jest śliczna i daje genialnie dupy, potrzeba nam kogoś takiego, nic ją tu nie trzyma, może powędrowałaby z nami? - Spiritus, ona z Ramaszką się nie dogada, wiesz o tym - Wolę ją niż Ramaszkę, wiesz o tym - Daj spokój do kurwy nędzy, wiem że za sobą nie przepadacie albo mógłbyś ją tolerować bo do cholery ona to ona no... - Nie chcesz powiedzieć na głos że ją kochasz, cóż...ale ja też chce mieć trochę nocnych przyjemności, Wiktoria dołącza Nie było dalszej dyskusji. Weszliśmy do pokoju: - Wiktoria, dołączysz się do nas w wędrówce po nic? - zapytał Spiritus - Że niby jak ? - Czy dołączysz sie do naszej paczki! - W sumie, chętnie – odpowiedziała i puściła oczko Tak więc sprawa była załatwiona. Zachciało mi się piwa. - Wiktoria, może oblejemy to i postawisz jakieś piwko? - A jak najbardziej – odpowiedziała, podeszła do okna, krzyknęła 3 piwa i dosłownie dwie sekundy później przyleciał ogromny tęczowy ptak trzymający w szponach siatkę z naszymi piwami, byłem oniemiały, jednak ten ptak w przeciwieństwie na przykład do Hedwigi słynnego pana Pottera był na tyle przygłupawy że odleciał bez pieniędzy, i najprawdopodobniej za to nie otrzyma zboża na kolację, cóż, takie życie przygłupów, nie tylko ptaków zresztą. Rozmowa toczyła się wartko, jak to przy piwku, Spiritus opowiadał: - Bo wiecie moi drodzy, Jezus, ten co niby go powiesili na krzyżu w Jerozolimie dawno temu to mój brat, tak naprawdę wyglądało to wszystko troszkę inaczej. Jezus był zawsze wielkim opojem, i łajdakiem. W niebie był jednym z największych hazardzistów i ćpunów, miewał różne głupie pomysły. Dzień w dzień spijał się do nieprzytomności z Buddą, Mahometem, Konfucjuszem, Krishną i innymi tego typu pijakami. Miewałem go serdecznie dość. Ojciec posłał go na ziemię, tak jak mnie teraz, by odpokutował winy. Nie wychodziło mu to jednak, znalazł sobie grupę dwunastu alkoholików i po jakiś spelunach, domach i nieużytkach publicznych typu świątynie zachlewał się z nimi winem w trupa. Nie stronił też od dziwek czego przykładem jest Maria Magdalena którą najprawdopodobniej tak naprawdę spotkał w burdelu. Często po ścieżce albo szprycy jakiegoś narkotyku w żyłę miewał wraz z kumplami dziwne halucynacje co zresztą namiętnie zapisywali albo dyktowali bo niektórzy byli na tyle tępi że nie umieli pisać. Tak mijał rok za rokiem. Ojciec się wkurzył, bardzo, w roku 33 ludzkiego życia mojego brata na ziemi. Uznał że zrobi mu na złość i go ukrzyżuje. Jednak ten cwaniak Jezus przechytrzył własnego ojca! Wezwał Davida Cooperfielda i ten upozorował całą drogę krzyżową i zwisanie z krzyża by Jezus gdy już go spuścił mógł znowu iść do speluny. Tym razem pili w jaskini gdzie przy okazji Jezus zostawił swoje odzienie, po pijaku próbując wrócić do domu. W końcu Ojciec się kapnął, przywołał go z powrotem do siebie i co, popierdolił mu we łbie tak że teraz stała się z niego świątobliwa suka i jeszcze trudniej z chujaszkiem wytrzymać! Takie i jeszcze gorsze historię były na porządku dziennym u Spiritusa, ale co się dziwić, przecież to był Diabeł, którego nie dość że wywalili go z nieba, to jeszcze zabrali mu piekielny tron i musiał zstąpić na przymusową emigrację na ziemię, wielu bogów na jego miejscu by się załamało, a on, tak jak jego brat w tej powieści, pił i kurwił i wyglądał jakby naprawdę to wszystko mu sie zajebiście kurwa podobało. Gdy byliśmy już po czterech browarach uznaliśmy a raczej ja uznałem bo reszta się raczej do tego nie kwapiła, że trzeba znaleźć Ramaszkę, a może i Brechtemota, choć w sumie go nie znałem. Wyszliśmy przez okrągłe drzwi żywcem wzięte z hobbickiego siedliszcza wprost na niewyobrażalną ulicę o której nie śniło się fizykom i innym pojebom. Na ulicę która była z czegoś, jakiejś substancji po której dało się ślizgać na nogach a była miękka i dygocząca, a kamieniczki wokół, bialutkie były tak misternie robione z dbałością o najmalusieńszy detal że oko nie wiedziało gdzie ma patrzeć. Czas porozmawiać ze zmarłymi – pomyślałem i ruszyliśmy tą najdziwniejszą z dziwnych ślizgawek w dół ulicy – ku wielkiej świątyni z kopułą wielkości dwudziestu kopuł watykańskich, było to niezwykłe przeżycie. I gdyby nie niepokój wszystko byłoby boskie, ale wtedy już, nie miałbym po co żyć, bo nic nie zostałoby do naprawy... skomentuj (0) hist.1 odc.14 2007-01-07 19:33:17 Byłem sobie w sensie normalnym dzieckiem które bawiło się innymi zabawkami niż powinno, wolało noże, siekiery młotki i szpadle. Normalnie sobie w sensie do szkoły uczęszczałem do przedszkola w sensie wcześniej też. Rówieśnicy mnie normalnie nie lubili bo se kurde myśleli że se inny jestem i nie pasuje i jestem ble i fuj i a fe. Mamusia umarła, tatuś też, w wypadku, szybko i chyba bezboleśnie, zostawili mnie na pastwę tych wszystkich szczurzych watah które błądziły w sensie cały czas obok mnie czasami poszturchując, czasami plując w twarz. Nie było ucieczki i byłem spętany, całkiem inny i niesamowity i odmienny i chciałem nawet się kiedyś w sensie przystosować i być takim jak oni jednak nie dało się mi siebie samego zmienić, czy jakby oni to w sensie powiedzieli naprawić. Bo przecież inność jest w sensie zła. Widziałem wiele rzeczy których oni nie widzieli, bo kto widział jak telewizor staje się ptakiem i ja wypuszczam go za okno i on spada prosto na głowę jakiejś moherowej babci będąc na powrót zwykłym szajskim telewizorem. I ten wszechogarniający smród, szczury śmierdzą niemożebnie, ja także,staram się to zniwelować bezskutecznie, nie da się, smród jest wielki i wszechogarniający i nie da się od niego uciec, nie da sie! Ich wzrok pełen pogardy, czasami z odrobiną litości jednak tak zamaskowaną by nikt z otoczenia nie mógł jej zauważyć. Bałem się ich a oni bali się mnie, byłem inny a inność jest najgorsza, i oni najbardziej się jej boją, nie ma czegoś gorszego jak nowość, jak odejście od konwencji bo tylko ona jest prawomyślna i dobra. Wszystko inne winno się palić na stosach ale ta sama konwencja nie pozwala nam na to a przecież nikt z prawomyślnych nie odważy się wyjść poza nią. Patrząc na społeczeństwo prawych widziałem w sensie to co było przedstawione w książce Inny Świat, tylko brak tam było kawałków drutu dookoła, ale jak tam, każdy bał się uciec w nieznane i puste przestrzenie. Wszyscy byli zamknięci, a życie odbywało się schematycznie łagrowo. I co w sensie najśmieszniejsze w tym wszystkim wszyscy sądzili że żyją na wolności, i wszyscy sądzili że każdy jest inny. Co niektóre kaczory chcą jednak łagry zmienić w lagry i nieprawomyślnym nie pozwalać na dalszą egzystencję tylko wprowadzać do gazu tworząc drugi raz coś o czym jeszcze nie zapomniano. Nie jest tak żeby było tak a nie tak, dlatego trzeba chronić to co można, a przede wszystkim myśl, bo ona jest prawdziwym bogiem człowieka i jego największym skarbem choć w łagrowej rzeczywistości chcą ci ją odebrać. Mnie przydzielili do trzeciego, najgorszego kotła w tej rzeczywistości. Byłem w sensie inny a przez to zły, zagrażałem podobno społeczeństwu, i jestem teraz sam , w pokoju bez klamek, w moim własnym prywatnym, tak, psychiatryku. Kiedyś nazywałem się Wielkoszewski, teraz nazywam się 00972. Lagier. Jak lagier, i dostaje 3 razy nędzne racje żywnościowe, a jeszcze w sensie prowadzą na mnie eksperymenty naukowe o których nikt nie wie, ale może pobiją doktora Mengele i wynajdą coś lepszego od Aspiryny? W Medalionach Nałkowskiej też jest opisane że mydło z ludzi robili pod przykrywką. Że niby humanitarne państwo i w ogóle wszystko pięknie ładnie, nie dajcie temu wiary! Pamiętam słowa Morrisona bodajże: „Nie jestem szalony! Interesuje mnie wolność”, tak, to mogą być i moje słowa, jednak siedzę tu i zdaje się że już nie mam żadnej wolności, bo nie mam, w sumie nigdy takowej nie posiadałem. Ale życie na tamtej pozornej wolności było chyba jeszcze gorsze od życia w zakładzie psychiatrycznym, bo wiesz, że najgorszymi panami byli ci którzy swoim niewolnikom dawali pozory wolności, tak , właśnie tak, ja już ich nie posiadałem, wiedziałem że jestem więźniem bo jestem inny. A mimo wszelkich rządów i nierządów tak naprawdę światem rządzi tylko konwencja. - Panie doktorze! Jaką dać dawkę relanium numerowi 00972? - Z 10ml i jeszcze niech pani doda 20ml metadonu. I tak będzie trzeba z nim niedługo skończyć - Oczywiście Panie doktorze I to jest właśnie ta konwencja o której mówiłem gdzie pielęgniarka ma takie klapki na oczach i ślepo wykonuje rozkazy że nie widzi że zabija, gdzie lekarz każe zabijać bo ktoś zajmuje miejsce i pochłania fundusze, bo tak naprawdę nie znaczymy w konwencji nic. Choć każdy chce być kimś. W sensie. skomentuj (0) hist.1 odc.13 2007-01-07 17:06:14 Skończyłem moją ulubioną kawę po turecku siedząc wygodnie w moim skórzanym fotelu za dużym biurkiem z IKEI. W moim małym biurze nie było wiele więcej, jedna duża, zamykana na klucz szafa na listy, sejf na pierwodruki, kilka certyfikatów powieszonych na ścianach w antyramach i barek w którym leżały dwie napoczęte flaszki wódki czekające na specjalną okazję. Jakiś duży kontrakt najprawdopodobniej. Byłem szefem, bossem, dyrektorem średniej wielkości wydawnictwa. Specjalizowaliśmy się w druku książek o charakterze popularno- naukowym i fantasy. Nie narzekaliśmy zbytnio na obroty choć kroci też nie zarabialiśmy, jednak cała moja ekipa robotnicza robiła to co lubiła robić, znalazłem ludzi którzy spełniali się w swoim zawodzie i niezmiernie radował mnie fakt że daje im spełnienie. Czułem się dumny z każdej wydanej książki, z każdej zarobionej złotówki, z ich szczęścia. Siedzieć i nic nie robić nie mogłem, poszedłem zrobić obchód jak idzie praca w redakcji. Wyszedłem z gabinetu, uśmiechnąłem się do nowej, młodej, troszkę wystraszonej jeszcze sekretarki w ślicznych blond włosach i o miłej aparycji. Wszedłem do pokoju redakcyjnego, na mój widok cała ekipa redakcyjna zwiększyła obroty o co najmniej połowę. Zawsze śmieszyło mnie to. To tak jak zryw do nauki godzinę przed maturą, nic się nie poprawi, można jedynie pogorszyć sprawę i zagmatwać wszystko. Tak też się w istocie działo, starałem się jednak nie zwracać na to uwagi. - Jak idzie praca? - zapytałem - Bardzo dobrze szefie, właśnie skończyliśmy składać „Dlaczego jest tak a nie tak?” i teraz bierzemy się za „Demony plebanii” - odpowiedział mi kierownik ekipy, młody rzetelny chłopak na którym zawsze było można polegać - To świetnie, pokażcie mi to co zrobiliście. - Jak najszybciej mógł podał mi egzemplarz książki „Dlaczego jest tak a nie tak?” Już czułem że będzie niewypałem, grafik zjebał totalnie okładkę, jakieś planety? O co chodzi. - Dajcie mi tu grafika! - powiedziałem ostro - Wyszła młoda dziewczyna w wieku 23 lat, zatrudniona ledwo tydzień temu. Teraz wiedziałem dlaczego okładka wygląda tak a nie inaczej. - Choć tu słoneczko – powiedziałem – Posłuchaj mnie, musisz się bardziej starać, wiem że jesteś nowa i nie musisz od razu wszystkiego wiedzieć, toleruje to, ale tej okładki nie mogę tolerować, masz bardzo odpowiedzialną funkcję w redakcji, to także od Ciebie zależy czy ktoś książkę kupi czy nie, musisz pracować odpowiedzialnie a ta okładka nie zachęca do kupna, postaraj się bardziej. Przyjdę jutro sprawdzić jak ci poszło. No, wracaj już do pracy. - Marcin! - zawołałem po szefa grupy redakcyjnej Słucham szefie - Przypilnuj dobrze tego młodego grafika, niech się stara, zmotywuj ją jakoś, byle nie moimi funduszami, hehe - Tak szefie, postaram się. - Nie masz się starać, masz ją zmotywować - Tak jest szefie - Nie będę wam dłużej przeszkadzał w pracy, pracujcie! A, i zabieram tą książkę, sprawdzę jak to wygląda. - Do zobaczenia szefie – odpowiedział z lekkim uśmiechem Gdy otworzyłem drzwi od sekretariatu zobaczyłem coś niesamowitego, śmiesznego, albo strasznego. Z kserokopiarki wylatywały w powietrze kartki jedna za drugą, cały sekretariat był już w nich a sekretarka atakowana nimi nie mogła sobie poradzić w wyłączeniem jej. Wszystkie papiery, umowy, zlecenia, fruwały w powietrzu. Na kuckach podszedłem do warczącej kserokopiarki i wyciągnąłem wtyczkę z gniazdka. Wszystko ustało, tylko ostatnie kartki papieru leniwie spadały na ziemię. - Przepraszam – powiedziała płacząca z tego wszystkiego nowa sekretarka – chciałam tylko... - spokojnie, skup się by posprzątać ten burdel jak najszybciej, no już, i nic się nie martw, będzie dobrze. Musiałem ją troszkę podbudować, gdy po papierzyskach próbowałem dojść do drzwi mojego gabinetu do sekretariatu wszedł wysoki koleś koło 40stki. - Mój Boże, co się tu stało? - wybąkał zatrzymując się w progu nie lada zdumiony. - Nic takiego drogi Panie, w jakiej Pan przyszedł sprawie? - Zapytałem - Chciałem starać się o publikację mojego dzieła – odpowiedział - W takim razie zapraszam do mojego biura – powiedziałem wskazując drzwi gabinetu dyrektora Widząc że jest nieco zmieszany jak ma dojść do drzwi przez te wszystkie papiery dopowiedziałem: - Może pan deptać po tych kartkach. Przełamał się i razem weszliśmy do mojego gabinetu. Wskazałem mu krzesło naprzeciw mojego fotela i usiedliśmy. - Co ma mi Pan do zaoferowania? - zapytałem - Moje najnowsze dzieło pod tytułem „Historia burdelu przy Rychłej”, jest to powieść o ladacznicy która chce wyrwać się ze szponów nałogu, jednak gdy stara się wszystko obraca się przeciwko niej i wtedy oto właśnie - Dość, dość, niech pan nie streszcza, jednak pierwodruk chętnie przeczytam - Proszę bardzo – podał mi – na pewno będzie Pan zachwycony - To się okaże – powiedziałem – Wie Pan jak I w tym momencie zadzwonił telefon, odebrałem. - Szefie, znowu ten Ziemniaczański - Połącz mnie - Dzień dobry, ile razy ma Pan zamiar jeszcze do mnie dzwonić? - Nie, na pewno nie pomyliłem książek, nie wydamy tej od Pana bo będzie nierentowna, jest tandetna i oklepana i nic nie wnosi - Niech Pan się opanuję - Mimo gróźb nie wydam, nie rozumie pan że to nieopłacalne - Nie, na pewno nie będzie bestsellerem - Skąd to wiem? Siedzę w książkach ponad 15 lat! - Ta rozmowa nie ma sensu, żegnam Pana Koleś dzwonił już chyba 10ty raz i coraz to bardziej bywał wkurwiający. - Przepraszam Pana, widzi Pan jaki mamy tutaj dom wariatów. Pierwodruk przeczytam, zadzwonimy do Pana z odpowiedzią, Do widzenia. Popatrzył na mnie dziwnie, wstał, w drzwiach bąknął: - Do widzenia i wyszedł. Artyści są dziwni, uważają się za wielkich panów i myślą że wszyscy powinni im usługiwać, wierzą w swoją wyższość na ludem. Przy czym tworzą sztukę coraz bardziej tandetną, zdeprawowaną przez system ekonomiczny jak oni sami. Są poza ramami zwykłego społeczeństwa, a chcą tworzyć dla niego, to niemożliwe. Artysta powinien być normalnym człowiekiem, pracującym fizycznie a przy tym i tworzącym. W takim systemie artysta mógłby tworzyć dla ludzi a nie tylko dla siebie gdyż byłby wśród problemów społeczeństwa, wiedziałby wszystko o jego potrzebach. Sztuka tworzona dla siebie samej jest bezsensowna przez same swoje indywidualistyczne przesłanie. Sztuka powinna wychodzić na ulice, powinna otaczać, wszędzie i zawsze, powinna być wszechobecna i wszechmocna, powinna kreować i rozbudzać, ulepszać i idealizować. Nie powinna być jednak zaangażowana bo stałaby się próżna i na nowo zamknięta w ramy. Sztuka z samej swej wolnej natury nie znosi żadnego uciemięrzenia ani żadnej władzy nad sobą dlatego winna stanowić drogę, a w zasadzie autostradę wolności dla człowieka. Trzeba przestać uważać artystę jako czworoboskiego wybrańca, musi on zejść z piedestału, by mógł być wolny i by jego sztuka była wolna. Wszak każdy może być artystą, bo jest nim ten kto daje innym piękno, i rozbudza wyobraźnie. Sztuka powinna być wolna od czynników ekonomicznych, więc do cholery dlaczego siedzę właśnie w tym gabinecie i dlaczego ci wszyscy artyści to hipokryci uznający siebie niemal za czworoBogów? A ja wśród nich, mały, a jednak tak wiele znaczący, bo weryfikujący. Rozmyślałem tak dalej patrząc na wygaszacz ekranu mojego laptopa, właśnie przechodziła po ekranie biedronka, nie dręczona moimi problemami, piękna, czerwona z symetrycznymi kropkami. To właśnie powinno poruszać artystów, to co z gruntu jest codzienne i normalne, na co nie zwracamy uwagi, bo to jest właśnie najpiękniejsze, i jest wszędzie i wtedy dostęp do sztuki może mieć każdy, niezależnie od systemu w jakim żyje. A może właśnie tylko to jest sztuką? A to co jest zrobione ręką ludzką jest obrazoburcze dla tej prawdziwej sztuki? Może tak być. Telefon wyrwał mnie z moich rozmyślań: - Przyszedł Pan Ziemniaczański do Pana - Wpuścić Wszedł ok 35 letni osobnik o oczach pełnych szaleństwa. - Co Pan sobie wyobraża! Jak można nie chcieć wydać mojego dzieła! - Oj, proszę Pana, ono, po prostu się nie nadaje! - Właśnie że się nadaje, jestem artystą wiem najlepiej! Wiem że ludzie boją sie innowacji i nowości ale to jest przecież Opus Magnum to zyska szacunek - Nie zyska szacunku drogi Panie, na Opus Magnum też nie wygląda, Białego Kruka z tego nie będzie i w ogóle jest tandetne jak już mówiłem przez telefon - Albo Pan to wyda albo Pana zabije! - Nie wydam, to moja ostateczne decyzja, proszę wyjść. Po tych słowach wszystko potoczyło się bardzo szybko, rzucił się na mnie z nożem. Złapałem go za rękę i wpadliśmy oboje na moje duże biurko z IKEI zrzucając przy tym papiery i laptopa, biedronka po prostu przeniosła się na barek. Zawołałem: - Pomocy!!!! Pani Jadziu niech Pani dzwoni na policje! Wbiegła, zobaczyła co się dzieje, zachowała tym razem zimną krew, nie tak jak z kserokopiarką, od razu wzięła słuchawkę w dłoń i wykręciła 997. My turlaliśmy się po panelach wyłożonych w moim gabinecie. Najbardziej przerażały mnie jego szalone oczy, on naprawdę chciał mnie zabić. Z każdą minutą słabłem i wiedziałem ze jeszcze chwila i dopadnie mnie tym swoim długim nożem prosto w gardło. W pewnym momencie wykręcił mi się i ACHH! Wbił mi nóż w przedramię, polała się jucha, zdrową rękę rąbnąłem go w twarz, raz, drugi, zamroczyło go, wziąłem jego dłoń i ugryzłem dotkliwie, do mięsa, puścił nóż. W momencie jak krzyczał wpadła moja ekipa redakcyjna i szybko go spętała. Sekretarka starała się zatamować moje krwawienie, szło jej nie złe. Przyjechała policja, jak zwykle się nie śpieszyła bo przecież przed akcją trzeba zjeść z dwa bigshity z macshita. Opowiedziałem wszystko, policja wzięła nas obu na szycie do Izby Przyjęć a potem na komisariat składać zeznania. Dlaczego artyści to szaleńcy? skomentuj (0) hist.1 odc.12 2007-01-06 15:58:45 Jak co tydzień siedziałam w moim ulubionym klubie Atalanantic. Największym klubie na Atlantydzie gdzie mieszkałam od dziecka. Wielki parkiet taneczny tonął w stroboskopach i neonach przy dźwiękach głośnej odmóżdzającej techniawy i naspidowanych znajomych. Była tu cała libacyjna śmietanka towarzyska Atlantydy łącznie z alkoholikami, ćpunami, dealerami, kurwami i wszelką inną patologią. Impreza jak co tydzień była genialna, siedziałam akurat przy wielkim barze popijając spokojnie drinka Zagłada Atlantydy gdy do klubu weszła jakaś nieznajoma ekipa. W pseudo korowodzie szedł gigantyczny, przystojny szczur z nieokreśloną aurą tajemniczości pod pachą. Za nim szedł wielki czarny kot ze szlugiem w pysku. Za kotem szedł jakiś punk, śliczny, widać było że bije od niego niesamowitość i seksapil pobudzony jego niesamowicie wysokim libido. Był cudowny i pociągający, trzymał za rękę chyba swoją dziewczynę, piękną i młodą, widać że nietuzinkową. Pasowali do otoczenia. Usiedli w loży w głębi a kot podszedł pod bar i zamówił jednego drinka Spokojny Marynarz i 3 butelki wódki. O kurwa, kto mógł tyle wypić? Popatrzyłam na niego, odwzajemnił spojrzenie, od razu zauważyła, nawet zza oparów dymu jego papierosa że nie należy do nieśmiałych. Zagadał do mnie: - Co jest lalunia? Nieco zdziwiona powiedziałam: - Nudno dzisiaj jakoś kotku Widać połechtany zdrobnieniem powiedział: - Choć lalunia do nas, nie będziesz sama siedzieć, z nami na pewno nie będziesz się nudzić. - Ok – odpowiedziałam szczerze uradowana tym że będę miała okazję poznać resztę tej dziwnej ekipy. Poszliśmy z alkoholami do loży i usiedliśmy wśród nieco zdziwionych spojrzeń reszty brygady. - jak się nazywasz lalunia? - zapytał kot - Wiktoria – odpowiedziałam spokojnie - miło nam, nazywam się Brechtemot, ten duży tutaj to Spiritus, a to są Dux i Ramaszka. - Mi także miło. Wymieniliśmy wszyscy porozumiewawcze spojrzenia i zaczęliśmy rozmowę o tym tamtym i owym. Gdy Ramaszka skończyła drinka powiedziała że dłużej nie usiedzi w miejscu i poszła na zaneonowany parkiet tańczyć. Dux odprowadzał ją wzrokiem. Chwilę później Brechtemot zauważył znajomego i poszedł napić się z nim. Zostaliśmy w trójkę, Spiritus, Dux i ja. - Często tu bywasz? - zapytał się mnie Spiritus - Raz w tygodniu – odpowiedziałam – trzeba się wyluzować po ciężkim tygodniu - Co w takim razie porabiasz na codzień? - Pracuje w sklepie z bielizną – odpowiedziałam z lekkim uśmiechem - To znaczy że na sobie masz tą najładniejszą? - O tym musiałbyś się sam przekonać, ale w sumie wolę chodzić bez bielizny – odpowiedziałam wyzywająco Próbowałam go sondować, nie dało się, za to on, mimo tego że od zawsze tworzyłam sobie barierę ochronną umiał czytać moje myśli. Jakież to było dziwne. Wiedział czego chcę, wiedział co myślę. Natomiast Dux był normalny, od razu go rozpracowałam, zajrzałam w niego i zauważyłam że jest czymś strapiony, że coś jest nie tak. Dux poszedł po następne butelki najprzedniejszej Atlantydzkiej wódeczki. Przyszedł mocno poddenerwowany. - Co się stało? - zapytał od razu Spiritus - Kurwa, widziałem jak Ramaszka całuje się z jakimś chujem na parkiecie – odpowiedział drżącym głosem - Dux, daj spokój tu jest Atlantyda, a w tym klubie jest już szczególna lekkość obyczajów, prawda mała? - Oczywiście, seks bez miłości dla przyjemności, mówi ci to coś ? - powiedziałam - Mi aż za dużo – odpowiedział Spiritus Ach, ale by było wspaniale przespać się z którymkolwiek z nich. Miałam już na nich dużą chcicę powiększąjącą sie dodatkowo z każdym ich słowem, gestem no i kolejną kolejką wódeczki. - Może chciałbyś spróbować jeszcze raz? - zapytałam zadziornie czując między nogami znajome swędzenie - Podrywasz mnie lalunia, ale co zrobimy z naszym kolegą Duxem, no chyba że, spróbujemy zabawić się w trójkę? Co ty na to Dux, pokażesz Ramaszce jak sie można bawić! - Nie, nie wiem czy to dobry pomysł – odpowiedziałem - No daj spokój Dux, nie chciałbyś zabawić się ze mną? - powiedziałam Już widziałam że się łamie patrząc na moje jędrne piersi, kaloryferek na odkrytym brzuchu i nogi wystające z króciutkiego lateksowego mini. - A niech będzie, zabawmy się! Wstaliśmy z loży i poszliśmy do pokoi prywatnych na górze. Spiritus zapłacił za wynajem. Zajęli się mną profesjonalnie, bosko wręcz. Utonęłam w szybkich spazmach rozkoszy a gdy brali mnie na dwa czułam jakbym była w niebie, ba nawet lepiej. Nigdy tego nie zapomnę, to było wspaniale, po kilku moich orgazmach oni też doszli. Byłam skonana ale szczęśliwa, mój najwspanialszy sex w życiu z najwspanialszymi facetami jakich spotkałam. Całowałam się z Duxem w loży, było bosko, Spiritus poszedł chyba zarywać jakieś inne dupy. Przyszła Ramaszka, widząc to oniemiała, stanęła w miejscu i patrzyła na nas z niedowierzaniem równym papieżowi gdy dowiedział się o współpracy z SB arcybiskupa Wielgusa. - Jak możesz! - krzyknęła Oderwał swoje usta od moich i zabrał dłoń z mojego tyłeczka. - A jak Ty możesz? - zapytał ironicznie Widać było że Ramaszka wzięła jakiegoś spida bo oczy szkliły jej się niesamowicie. - Ale ja, ale ja, zdradziłeś mnie ty chuju! - krzyknęła - Ty też go zdradziłaś krowo – krzyknęłam na nią wtrącając się - Ty kurwo! Nie wtrącaj się, on jest mój! - Twój? A wiesz z kim się kochał pół godziny temu? Ze mną! A widziałaś z kim się przed chwilą całował? Ze mną! - Przestańcie – krzyknął zdruzgotany sytuacją - Dux, nie poznaje Cię! Jesteś jebanym chujem, spierdalam! Trzasnęła go w pysk i szybko poszła do swojego lovelasika. Dux siedział podirytowany ale i zmartwiony. Wziął całą butelkę wódki i wypił dwoma łykami po czym zapalił papierosa i rozpłakał się. Nie mogłam na to patrzeć, przytuliłam go, wmontował się głową między moje piersi, głaskałam go po plecach mrucząc ciiii. Przyszedł Spiritus, wiedział co się działo, wiedziałam że wiedział, że wszystko wiedział. Powiedział: - Trudno - Spierdalaj Spiritus! - krzyknął Dux nie przejmuj się tą twoją babą i tak była przeciętna – powiedział Spiritus - Jak możesz tak w ogóle mówić? - powiedział Dux, wiedziałam że Ramaszka i Spiritus się nie lubili - Lepiej przygarnijmy Wiktorię do naszego squadu, jest piękna, inteligentna i świetnie daje dupy. Co niestety nie jest domeną tutejszych kobiet, ta z którą byłem teraz leżała jak kłoda, kurwa jakbym się kochał z gumową lalą. - Eee? - bąknął Dux – Spiritus a może to była gumowa lala – powiedział sarkastycznie na chwile przerywając płacz - No, w sumie to niech nas pierw przegarnie Wiktoria do swojego mieszkania na noc, potem pogadamy o reszcie, bo niestety nasz kierowca Brechtemot poległ w boju i właśnie w kiblu zwraca tygodniowe racje żywnościowe a raczej alkoholowe a musimy gdzieś spać. - Jasne chłopaki! Chodźcie do mnie. - Powiedziałam Tak zrobili, a potem, potem było jeszcze bardziej bosko niż bosko było za razem pierwszym. Seks łączy, fizycznie i psychicznie i jest ratunkiem przed szarym światem, przed rutyną przed tym wszystkim czego się boimy a co nas otacza codzień, i chciałabym uciec raz na zawsze, z nimi, gdzieś tam, w bramy rozkoszy, przekraczać ją z nimi, przekraczać codzień i w końcu być, być, być I w tym momencie najbardziej na świecie nienawidziłam Ramaszki, tej zajebanej w dupę kurwy która miała to szczęście którego mi nie dało moje zasrane życie... skomentuj (0) hist.1 odc.11 2007-01-06 15:52:02 Wsiadłem w pociąg na wielkim, brudnym dworcu gdzie życie marne prowadzi wiele istnień tonąc w moczu i urynie, gdzie miast farb na ścianach widnieje zaschnięta jucha, wspomnienie po jeszcze gorszych czasach których wszak koczujący tutaj nie pamiętają. Ogromny bagaż własnych doznań wpakowałem na górę metalowej półki, usiadłem w przedziale dla palących. Siedziała już tam rodzina z małym dzieckiem które co pół godziny było trute toksynami z petów. Opiekuńczość mamuśki była wręcz rozbrajająca. Prócz nich siedziała jeszcze starsza pani kurząc obrzydliwe mocne 25tki i patrząc na wszystkich i wszystko z niebywałą wyższością. No i ja, brudny szczur komponujący się wyśmienicie w tym starym, obrzydliwym wagonie, z tymi pseudo-inteligentnymi istotami. W tamtym miejscu z którego zaraz miałem wyruszyć spędziłem dobrych kilka tygodni, miłych tygodni. Zapijałem co dzień samego siebie, bo kurwa nie ma nic co można by innego robić, nie ma po co działać, tak naprawdę to przecież nie ma nawet po co żyć. Pociąg ruszył a ja zatopiłem twarz w swojej śmierdzącej kurtce i zamknąłem oczy by zasnąć, by nie widzieć tego co się dzieje, by zapomnieć, by tak naprawdę mnie nie było. Mijałem pola rozciągające się po horyzont, mijałem wielkie neony miast, wiele dróg z których przecież każda prowadzi do nikąd tak jak i ten bezsensowny byt, tak jak te pociąg mający cel lecz będący bezcelowym dążeniem po nic. Rodzinka zachowywała się głośno, prowadząc rozmowę o niczym, a przecież znali się od zawsze. Ta bezsensowna w dupę jebana niedola życia. Często mówię bezsens, lecz dlatego, iż kocham to słowo za to, że jedyne spośród wszelkich słów ma sens, jest wszystkim, ponad nie, nie ma nic i nie można myśleć o niczym innym. Nie tylko nie można, wszak po prostu się nie da, ech...jebany bezsens. Minęła pierwsza z zaplanowanych siedmiu godzin podróży. Jeszcze bardzo daleko do bezsensownego celu. Młoda, ok 17letnia członkini rodziny która jechała ze mną w przedziale zaczęła podrywać jakiegoś bogu ducha winnego faceta przez smsy. Rodzinka miała przy tym niezły ubaw a sama dziewczyna nie grzesząca inteligencją ani urodą uważała chyba, że jest bardzo jazzy i fresh i w ogóle kurwa mać trendy. O ile nie twierdzę, że powieszenie wujka Saddama miało sens, bo według mnie było jedynie manifestacją siły i utwierdzeniem świata w przekonaniu, że tylko kraje rozwinięte w tym najbardziej Ameryka mają rację i tylko one mogą uzurpować sobie prawo do ropy. To tą dziewczynę, wbrew powszechnemu kilkuwiekowemu humanitaryzmowi powiesiłbym za, no właśnie za ten jej bezsens wychodzący nawet ustami i sposobem w który pakuje w swoje usta i pomiędzy nierówne zęby wredne solone prażynki z Plusa. Przed przedziałem stanął konduktor którego bezsensownym celem życia było sprawdzanie czy pasażerowie zapłacili za bilety by podtrzymać kapitalistyczną rentowność i tak nierentownej kolei. W przedziale zaczęła się nerwówka, każdy szybko zaczął wyjmować świstek potwierdzający, że tak – popieram istnienie kapitalistycznej kolei. Tylko ja, siedziałem spokojnie i patrzyłem na tego bezsensownego kolesia w wieku już starczym niemalże który przez to, że popierał i sprawdzał czy aby będzie kolej rentowna do teraz nie mógł doczekać się spokojnej starości z przyzwoitą emeryturą w nowym zajebistym potrójno filarowym systemie gdzie filary podtrzymują jedynie ramiona kapitału towarzystw ubezpieczeniowych. Zapytał sie uprzejmie: - Poproszę Pana bilet. - Nie mam – odpowiedziałem Zasmucił się znacznie, ze względu, że będzie musiał spędzić dużo czasu na wypisywaniu mi mandatu kiedy wódka czekała w przedziale konduktorskim. - Ojj, będzie mandacik. - Niech będzie – powiedziałem uprzejmie Szczerze zdziwiony powiedział: - Poproszę dowód - Nie mam – powtórzyłem się zgodnie z prawdą zresztą - Jakikolwiek dokument tożsamości mogę prosić? - zapytał - nie mam – znowu powtórzyłem - ech, no dobrze, poda mi pan swoje dane, na wiarę – powiedział - imię, nazwisko i adres - Koziołek Matołek z Pacanowa – powiedziałem irytująco Lekko zdenerwowany powiedział - Niech pan nie żartuje! - Dobrze, Józef Stalin z łaski narodowego kurwa socjalizmu - Pan kurwa przesadza – powiedział mocno już wkurwiony – wysiada Pan na następnej stacji! - A jebaj się pan – odpowiedziałem – mi tu wygodnie. - Wezwę SOKistów. - A wzywaj Pan - Nie można po dobroci? - zapytał - No dobrze, można – odpowiedziałem szczerze ubawiony sytuacją i patrząc na totalnie zirytowanych moich towarzyszy z przedziału którym coś takiego nie mieściło się w ich ciasnych głowach – Ferdynant Szmatokaster - A adres? - zapytał trochę uspokojony - nieznany – odpowiedziałem – nie jestem nigdzie zameldowany dopowiedziałem widząc rozszerzające się po raz kolejny źrenice konduktora. - Och, kurwa – powiedział - Niech pan już jedzie ale niech pana nie widzę – powiedział zły zapewne na to, że przeze mnie kolej będzie mniej rentowna - Dziękuje serdecznie i już mnie nie ma – powiedziałem i zapadłem się z powrotem w siedzenie by w spokoju dokończyć moją bezsensowną podróż wśród zdegustowanych spojrzeń moich współsiedziskowych. Tak naprawdę to wszystko, oni, pety, konduktor, piwo które piłem w trakcie i cała podróż była po prostu bez sensu. Jak i ten cały pojebany bezsensowny świat... A bagaż moich doznań stał się kolejny raz cięższy... skomentuj (0) hist.1 odc.10 2006-11-28 19:41:59 Przygotowania do emigracji za miasto trwały, Dux choć cały czas obolały spakował się bardzo szybko, wziął do torby pół chleba który dostarczył Władziu i 3 butelki bimbru od Svetlany. Ja natomiast zbierałam sie u siebie w domu pakując ogromną torbę wieloma ciuchami i innymi bzdetami które wszak zawsze mogą się przydać. Na koniec nieco uszczupliłam majątek rodzinny i poszłam do kościoła gdzie już na mnie czekał. Byłam pod niezwykłym wrażeniem że zgodził się bym poszła z nim, widocznie jednak coś do mnie czuł, a mnie ta świadomość doprowadzała niemal do emocjonalnego orgazmu. Przy pożegnaniu się z naszymi druhami Dux chciał udawać twardziela, gdy jednak podszedł pożegnać się z Władziem jedna, jedyna łezka wypadła mu niemal przypadkowo z oka, zawdzięczał mu tak wiele. Nikt sam w świecie by sobie nie poradził, gdyby nie przyjaciele nie byłoby życia. Poszliśmy. Staliśmy na stopa przy ulicy Malatesty już bardzo długo. Porozumiewając się jedynie półsłówkami. Dux widać, mocno podłamany faktem przyszłego mieszkania na wsi i zjadania zboża nie był w humorze do rozmów, ja myśląc o spaniu na sianie cała dygotałam z odrazy, teraz już wszak nie było wyjścia, nie mogłam go zostawić. Stojąc pod latarnią i wymachując ręką czułam się jak najgorsza dziwka, nic nie mogłam poradzić, prędzej ja złapie stopa niż on. W końcu zatrzymał nam się rozwalający sie, zardzewiały i śmierdzący pickup. - Dokąd chcecie ? - zapytał zarośnięty wiejski chłop z sianem w gumiokach - Byle dalej stąd. - odpowiedział natychmiast Dux - Winiewo może być? - zapytał - Jasne – odpowiedzieliśmy nie wiedząc gdzie to Wpakowaliśmy się jakoś z trudem do kabiny kierowcy ponieważ tył zawalony był świńskim gównem. Było ciasno, śmierdziało ale najgorsza była świadomość że oddalamy się od naszego małego świata, naszej małej ojczyzny, w nieznane. - Kurwa, czy pan nie widzi co się dzieje z tym krajem? - krzyknął Dux - O mój panie! Co się dzieje, teraz się bedzie dzioło lepiej nizli wcześniej, momy rządy poważnych politykinierów którzy wiedzą jak mo wyglądoć porządek w państwie! - krzyczał kierowca - To tylko złodzieje, ograbią pana nie tylko z pieniędzy, zabiorą panu wszystko, zabiorą wolność wyboru, słowa, wyznania, zabiorą pana własną myśl! - odrzekł Dux - O nie mój panie! Oni wprowadzą porządek to bydzie teraz tak wszystko jak w hameryce. - fulił kierowca - Czy pan do chuja pana świętojańskiego wierzy w te brednie które wygadują? Czy jest pan aż tak tępy, czy na waszej zawszonej wsi nie nauczyli pana weryfikować wszelkie kwestie? - Prosza mnie nie obrażać! Jo Skończył 5 klas podstawówki i jestech sołtysem u mnie we wsi, a moja wieś, wie pan, jest najszwarniejszo na świecie, mojej wsi nie dorówno żadna! Nawet Białystok jej nie dorówno, nawet za rządów jaśnie pana Kononowicza w stylowym sweterku! - O kurwa mam dość, zasrana wieś, zasrany Białystok a najbardziej zasrany w tym wszystkim ludzki i wiejski debilizm. - Nie bydzie mnie pan dłużej łobrażoł! Jo z dobrej woli was wziołech a wy mi się tak odwdzięczocie? Wysiadać z wozu! Nie było dyskusji, wóz był jego, wysiedliśmy na poboczu, Rolnik pojechał dalej. Wyrzucił nas z auta w środku lasu na jakiejś gruntowej drodze. - Co zrobimy? - spytałam - A co mamy robić? Nie zostaniemy tu i nie zaczniemy płakać, dzisiaj na tej drodze i tak nic nie złapiemy a jest juz strasznie późno i ciemno, idziemy w las! - odpowiedział Dux Tak też uczyniliśmy, szliśmy i szliśmy jak pielgrzymi. Trudno mi było zanim nadążyć dodatkowo moja torba niesamowicie mnie spowalniała, z każdym głupim metrem coraz bardziej. Było mimo wszystko cholernie zimno. Prawie padając już z nóg zobaczyliśmy jakieś malutkie światło gdzieś w głębi lasu. Nie zważając na niebezpieczeństwo jakim mogło to grozić poszliśmy w jego kierunku. Zaczailiśmy się za kępą krzewu a to co zobaczyliśmy przeraziło nas, ogień dogasał a przy nim leżało Coś, nie mam pojęcia jak to określić. Nie wyglądało jednak szczególnie odstręczająco a że co i nóż marudziłam Duxowi o tym że mi zimno i niedobrze i że jestem głodna ten uznał że raz kozie śmierć. Pobiegliśmy w stronę ogniska. - Można się przysiąść? Cholernie zimna noc! - powiedział głośno Dux - A bardzo proszę, macie może odrobinkę bimbru ? - zapytało Coś i w tym momencie, na naszych oczach zmieniło się w szczura wędrownego o nieprawdopodobnych rozmiarach - wielkości sporego kota. - AAAA! - Coś nie tak moi drodzy? - zapytał wielki szczur - Jak, jak, jak Ty to zrobiłeś ? - jąkając sie zapytałam, serce biło bardzo mocno - Ach, moje futerko, oj mała to drobnostka. - odpowiedział - Kim, tfu czym Ty jesteś? - zapytałam trzęsąc się cała - Ależ odpowiem na Twoje pytanie, tylko proszę was, usiądźmy wszyscy i napijmy się tego bimbru. - odpowiedział spokojnie i rozłożył się bliżej ognia Popatrzyłam na Duxa, ten wyglądał jakby rozpierała go ciekawość, byłam nadal przerażona. - Siadamy – powiedział Dux jednocześnie wyciągając flaszkę - I taką postawę właśnie lubię – odpowiedział nieznajomy Siedzieliśmy przy ognisku bardzo długo, nie mogłam uwierzyć, nieznajomy opowiedział nam swoją historię o tym jak chciał zrobić pucz w piekle, o tym jak kumpel zrobił go w chuja, o tym jak uciekł na ziemię, wydawało mi się to nieprawdopodobne, gdybym nie widziała jego przemiany nie uwierzyłabym. Powiedział nam że mamy na niego mówić Spiritus Movens. Tak też do niego się zwracaliśmy. Opowiedzieliśmy mu też nasza historię. W jego oczach jednak przez całą tą opowieść było widać że on wie, że wszystko wie, to było straszne, wszechmoc. Byliśmy juz nieźle urżnięci gdy zapytał: - Mogę się do was dołączyć? Dux natychmiastowo odpowiedział że oczywiście i że świetny pomysł i że teraz to już musi być fajnie. Nie mogłam w to uwierzyć, ktoś taki miał iść z nami, jak mógł na to pozwolić? Byłam zdruzgotana, szybko wzięłam go na stronę. - Co ty sobie wyobrażasz brać nie wiadomo kogo? Skąd wiesz co on nam może zrobić – powiedziałam - Ależ Ramaszka, przecież widzisz że on nie żartuje, że mówi prawdę, z nim będzie lepiej, bezpieczniej, nie kłóć się ze mną, zaakceptuj go! - odpowiedział pijany Wróciliśmy do ogniska a on patrzył na nas takim wzrokiem jakby dokładnie znał przebieg naszej krótkiej wymiany zdań. Niedługo później położyliśmy się pod drzewem i zasnęliśmy. Obudził nas Spiritus - Czas w drogę. - powiedział Zebraliśmy się szybko i poszliśmy za nim. Widać że znał dobrze drogę bo szybko wyszliśmy z lasu na drogę prowadzącą pewnie do jakiejś zapadniętej śmierdzącej wsi. Nikt nic nie mówił, wszyscy byliśmy zbyt skacowani na jakąkolwiek rozmowę. Droga jednak mijała szybko, a pogoda była piękna, dla szczura zbyt piękna. Mijaliśmy pola, wszędzie tylko pola i pola, rzygałam już tymi polami. Weszliśmy do wsi, kilka sypiących się chałup, więcej obór i wszechogarniający zapach gnoju. Nie będzie łatwo tu mieszkać, szliśmy środkiem głównej i chyba jedynej drogi na tym zadupiu a po bokach widzieliśmy ciekawskie oczy wiejskich szczurów które widać różniły się od nas – miastowych. Weszliśmy do pierwszego domu i usłyszeliśmy od razu: - Wypierdalać stąd miastowe kurwy! - krzyknął wielki spasiony szczur wychodząc nam na przeciw z siekierką Nie wahaliśmy się długo, powróciliśmy na drogę. Nie napawało nas to optymizmem że od razu nas nie lubią ze względu na pochodzenie. Nie było ich nawet czym poczęstować, cały bimber poszedł wczoraj przy ognisku. Wpakowaliśmy się do obory z sianem i co zobaczyliśmy? Jakąś młodą dziewkę na sianie którą zaspokajał chyba jej własny ojciec, straszne, wyszliśmy w pośpiechu i stamtąd. Jak tak można, to przecież tragiczne, obrzydliwe, to powinno być karalne. Jedynie Spiritus nie wydawał się zaskoczony, wyglądał jakby w ogóle go to nie zszokowało. Dux zresztą próbował nie pokazać że nim to wzruszyło, pewnie dlatego by nie zbłaźnić się przed naszym nowym kompanem, który i tak wiedział przecież co czuje Dux. Idąc dalej ulicą w pewnym momencie wypadło na nas trzech chłopów ze szpadlami w rękach - Zabić kurwy! Nie będą nam dzieci zagryzać, nie będą zboża zżerać ZABIĆ! - wołał jeden z nich Pobiegliśmy wgłąb obór a następnie za obory ile tylko mieliśmy sił. Udało się uciec. Uciekliśmy w zagajnik. - Ja pierdole, to gorsze niż te wszystkie trutki deratyzacyjne u nas w mieście, ta wieś jest gorsza od wszystkiego, oni się tylko ruchają, klną na siebie i zabijają, nie wytrzymamy mieszkać w czymś takim. - powiedział z przekonaniem Dux - Nie mamy wyboru, a raczej wy nie macie wyboru a przeto i ja podzielę was los. Chodźmy poszukać innej wioski – odpowiedział Spiritus Szybko doszliśmy do jakiejś koślawej, dziurawej, kamienistej drogi. Szliśmy dalej, w nie najlepszych humorach. Tym razem jednak gawędząc, w pewnym momencie Dux zapytał Spiritusa (ja raczej nie odczuwałam potrzeby rozmowy z naszym kompanem): - Słuchaj, jak jesteś taki wszechmocny to mógłbyś sprawić bym porozmawiał z moim zamordowanym kolegą – Jurą? - A co chciałbyś mu powiedzieć? - odpowiedział - Chciałbym by pokazał mi kto go zabił, bym mógł go pomścić – powiedział Dux a w jego oczach widać było obłęd - W takim razie w normalnym stanie rzeczy potrafiłbym to uczynić, niestety nie jeśli jestem na ziemi gdyż tutejsze prawa są na to zbyt ograniczone mój drogi. - odpowiedział zimno Spiritus - Oj, chciałabym też porozmawiać z van Dalim – nie wytrzymałam i wypaliłam Popatrzyli się na mnie dziwnie. - Z kim? - zapytał Dux - Ach, bo przyszedł do mnie kiedyś jakiś biedak i dał mi mój własny portret, potem szukałam go ale dowiedziałam się że popełnił samobójstwo. - powiedziałam - Samobójstwo może być największą klęska jak i największym zwycięstwem człowieka, czym było dla niego? – zapytał Spiritus - Nie wiem – odpowiedziałam zmieszana Rozmawialiśmy dalej. Byliśmy bardzo zmęczeni a wsi nadal nie było widać. Usiedliśmy by odpocząć i zaczęliśmy sie stosować do spania pod przydrożnym drzewem. Wtem usłyszeliśmy ostry warkot silnika. Po tej brzydkiej wyboistej drodze jechał prawdziwy czerwony Cadillac wzniecając za sobą tony kurzu. Zahamował po piskach przy nas. - Cześć ciule – powiedział czarny kot z petem w pysku – pakujcie się Z Duxem oniemieliśmy, kot za kierownicą i jeszcze chce nas podwieźć do tego wygląda na to że nas zna. - Kurwa ty chuju zostawiłeś mnie na pastwę Fenjana! - krzyknął jednak Spiritus i wydało się że to jego znajomy - O tym potem Spiritus, szybko wchodźcie, jedziemy pobawić się na Atlantydzie Spiritus wsiadł od razu, widać nasze ociąganie powiedział: - No moi kompani, teraz jesteśmy złączeni razem, musicie jechać ze mną, nie bójcie się go, to przyjaciel, pakujcie się! Jak dojedziemy będziecie mogli porozmawiać ze swoimi zmarłymi! Nie czekaliśmy dłużej wskoczyliśmy do samochodu. Kot nie wiedział chyba za bardzo do czego służą pedały, kierownica czy skrzynia biegów, jednak ruszył i... odlecieliśmy w niebiosa... skomentuj (1) hist.1 odc.9 2006-10-16 20:29:46 Jestem Ja, choć mnie nie ma, jesteś Ty, choć Twoje tylko kilka chwil, jesteście Wy, zbrodniaczo przyobleczeni, padniecie u stóp mych bosych i będziecie płakać, bym się w was nie zatopił. Nie Wielki On i nie Wielki Zły, lecz Ja nieśmiertelnym, zapewniam to i tobie bracie byś posiadł tą moc, byś posiadł to coś, byś był mną, byś zawsze sobie zawdzięczał ten ton. Siedzieliśmy na metalowych krzesłach w ogródku knajpy wszelkich czasów, ostro najebani, Ja – Niebyt, Ja – Niebyt i nasz wspólny kolega Ja -Niebyt. Istnieje wiecznie, choć nie podlegam nieśmiertelności jak bogowie, sam jestem ową nieśmiertelnością. Jestem tym czego oni nie powołali do życia, jestem tym co oni powołali do życia, jestem wszystkim czym mogą sobie schlebiać, jestem wszystkim tym przez co mogą łzy swe wylewać. Nazwij mnie Niebyt, tak, to ja, nazwij mnie Chaos, i to ja, nazwij mnie On, zaprawdę jestem nim – bezpłciowym wszystkim. Urodziłem się przed słowem i trwam wiecznie gdzieś tam. Nie wśród Was jak sępy wasze – bogowie wielcy i wielce niesprawiedliwi. Będąc w niebie mogą posłać cię ku mnie, będąc w piekle takowoż też, mogą zabić twoje tamtejsze życie, to które będzie we mnie jest niezabijalne, niemordowalne – nie ma go. Nie ma także mnie choć istnieje. Działam wiecznie nieprzerwanie, priorytety własne mając, Siebie – Chaos – w Rzeszępospolitą czy też piekło wprowadzając. Do Twojego wdzieram się mózgu byś mógł myśleć otwarcie, bez zapadnio-klapkowo, nie tylko zmysłowo. Zrodzony bez słowa, każde słowo w sobie mając te narodzone i te niespełnione ciągle rozważając i zastanawiając się nad ich boskim bezsensem. Gdy sądzisz że nie ma przyszłości – jak Sid nasz drogi, pokieruję w Ciebie kulę prosto w międzyłopatkowe ciało. Gdy już nie może spotkać cię nic na tym świecie dobrego– jak Van Daliego – rzucam mu powróz by spał. Gdy myśli umykają niebezpiecznie a radykalizm zjada swe sny – jak Jurę – nie poradzę nic, jak śmierć wymierzona niegodnie przez opozycję. A gdy natomiast ortodokso-dewocja spadła w wyżyn w dół, i nie zostało nic – jak u Orthodoxa – czas paść, i upaść na twarz. I wszyscy oni już są mną, a że mnie nie ma, ich takowoż też nie. To nic, to ja to także wszelka myśl, wszelki spadek Abramowskiego, Kropotkina, Bakunin, Lenina czy Marksa komuchosyna. Mogę zniszczyć każdy sen, każdą jawę każdą treść, nie potrafię stworzyć nic, bo takowoż takżem nic. Bruno Schulz miał rację, iż każda materia zmienną jest, bytem swym zmieniając się, jam jest niebyt niezmierzony, niebyt wielki niespełniony, tworzyć, bożyć nie potrafię, ja parodia sensu sapie. Groteskowo miło-mowo, mam swój własny kompleks - nasz, o którym właśnie toczę monolog swój, co chwile do niego wracając. Żem jest nic i bezsens cały, żem morderca nie tworzyciel, że po mnie nie ma nic, żem jest wszechchaos - wszechsłowo, wszechczas i wszechmateria. I jednego wam zazdroszczę tego, że zginąć możecie - paść, we mnie się zapaść i nie myśleć i nie czuć i nie być choć ja Niebyt, choć niebyt myślę i czuję i odczuwam tęsknotę, jam wasz powiernik, sługa wasz, byście mogli przedemną paść i martwi pod mymi kolanami się kłaść. skomentuj (0) hist.1 odc.8 2006-10-14 19:47:54 brud Sid nie żyje został zastrzelony żadna to rozpacz i żaden smutek i tak nie miał przyszłości jak zresztą każdy z nas... skomentuj (0) hist.2 odc.3 2006-10-13 16:12:29 Wylądowałem w tej dziurze jakiś czas temu. Przez całe moje życie wypasałem i rżnąłem owcę. Prawda, zdarzyło mi się kilka razy zabić psa na śmierć czy z zwykłej złości uśmiercić którąś z owiec gdy nie dała dupy jak trzeba. Pewnie dlatego trafiłem tu gdzie jestem. Życie mnie nie hołubiło, byłem samotny bo jak można było znaleźć dziewczynę chodząc od miasta do miasta, dokładnie tak jak ten pastuch z książki Coelho. Mordowanie zwierząt dostarczało mi potrzebnej rozrywki której wszak każdy potrzebuje. W pewną mroźną, śnieżną styczniową noc jechałem na zapalonym na popych piździku z moim kumplem Glupecem przez las. Piździk był jego, w nie najlepszym stanie. Jechaliśmy Do wsi obok po jakąś tam maszynę co była mu potrzebna – był stolarzem. Wszystkie kończyny miałem zmarznięte na kość. Nie wiedziałem jak jeszcze panuje nad tą piekielną machiną jadącą 40km/h. Na naszej drodze spotkaliśmy potrąconego dzika. W pijackim amoku w którym byliśmy tamtej pięknej i cholernej nocy umyśliliśmy że go weźmiemy, oskórujemy i zjemy. Nie było to jednak takie proste, dzik był duży i bardzo bardzo ciężki. Zajęło nam z 20 minut zanim wtaszczyliśmy go na przyczepkę piździka którym jechaliśmy. Zamiast po maszynę wróciliśmy do domu jadąc około 25km/h. Byłem tak zziębnięty i zziajany walką z martwym dzikiem że byłem pewien co najmniej zapalenia płuc. Na moje szczęście lub nieszczęście nie doczekałem go już. Naszą wielką zdobycz z pomocą dwóch sąsiadów wpakowaliśmy głową w dół na hak w pracowni Glupeca. - Interfektor! Bierz go wypatrosz i oskóruj – powiedział do mnie Glupec - Niby jak jełopie? Pokaż nam – odpowiedziałem Sąsiedzi też nie mieli pomysłu. Jednak on, myślał że wie, zaczął go rozcinać, siekać i nic mu z tego nie wychodziło. Poszliśmy po rzeźnika. On, postawny, w sile wieku, jednak niesamowicie pijany, my przy nim mogliśmy uchodzić za całkowicie trzeźwych przyszedł do nas. Bez słowa wziął się do roboty, wypatroszył, jednak skórowanie nie szło mu wcale. Powiedział nam że dziki, wzorem świń mają często różne choroby i poszedł. My skonfundowani nie wiedzieliśmy co robić. Baliśmy się trochę, przyznaje. Dzik wisiał na haku do rana. Gdy już zabiliśmy klina wzięliśmy go – nasz tydzień jedzenia – do weterynarza. Ten nie chciał wykonać badań. Kurwa chuj! Wróciliśmy z dzikiem do domu Glupeca. Schlaliśmy się jak dzikie wieprze, ba dzikie dziki i próbowaliśmy skórować dalej. Najebany w sztok Glupec przy jednym z cięć rozpłatał mi przypadkowo całą tchawicę. Krew siknęła daleko i lała się niepomiernie szybko. Wykrwawiłem się w rekordowym czasie. I jeszcze szybciej trafiłem do tego pierdolonego piekła. Tak zakończyłem swą ziemską egzystencję, przypadkowo, przez tydzień żarcia, nic więcej. W piekle nie było tak źle jak mogłem przypuszczać, było zajebiście, bezustanne orgie, libację, i co kto wolał. Jednak nastały rządy Fenjana i wiele się zmieniło. Nie podobało mi się że musimy się przed kimś płaszczyć. Godziło to w moją godność osoby piekielnej, nie byle jakiej – Interfektusa! Szedłem sobie spokojnie drogą nie wiedząc dokąd, błąkając się jak zawsze zresztą w nieśmiertelności tak nudnej jak sam skurwysyn gdy z kamienicy obok wybiegł nie kto inny a sam Spiritus Malus, ten władca który na wszystko pozwalał i wszystko potrafił – mój największy piekielny autorytet. Zatopił się w fontannie Patyka i głowy nie wynurzył przez czas tak długi że myślałem że albo się całkowicie schlał albo utopił. Ten jednak całkiem prawie trzeźwy wyszedł po chwili z fontanny. Wrócił do mieszkania. Nie minęło pięć minut jak stamtąd wyszedł i zauważył Brechtemota – swojego fajczanego przyjaciela kota. Rozmawiali ze sobą dość długo, nie wiedzieć o czym. Stałem w miejscu zahipnotyzowany nimi. W końcu Brechtemot zeskoczył z dachu i poszedł ze Spiritus Malusem dalej. Stałem dalej w miejscu. Nie minęła minuta jak obok mnie przeszła Helena – ich przyjaciółka, powiadano że wielka czarownica. Ale co jej z magii jeśli była grubą, brzydką nimfomanką z ogromnym cellulitem którego nie mogły zlikwidować najlepsze kremy. Mało tego, miała przykurcz lewej ręki. Nawet patykiem bym się jej nie tknął. Nie wiem gdzie znajdowała naiwnych. Mało tego, zawsze chodziła nago bezwstydnica. Gdybym ja tak wyglądał nie wychodziłbym z domu. Weszła do kamienicy i więcej już nic się nie działo. Uznałem po chwili że jeśli Spiritus Malus pił z fontanny Patykowej to też się napije. Schlałem się przy niej tak, jak chyba jeszcze nigdy w piekle. I było dobrze. Poszedłem zataczając sie totalnie ulicą, daleko, zmęczony wszedłem w zaułek i zasnąłem w nim. - Kurwa to on. Wstawaj chuju! - krzyczał na mnie gwardzista potrząsając mną niemożliwie. - Eee? - odpowiedziałem prawie nieprzytomny Postawili mnie na nogi i zaprowadzili do Wielkiego Pałacu Fenjana. Bez żadnego pytania wpierdolili do pierdla. Po chwili przyszedł do mnie jeden typ i powiedział że jestem oskarżony o próbę otrucia Wielkiego Fenjana (który tak naprawdę był kurduplem). Nie mogłem w to uwierzyć. Ja?. Wytłumaczył że widziano mnie przy zbrodniarzach którzy próbowali dokonać tego niecnego nawet jak na piekielne warunki uczynku. Na koniec powiedział że mój proces już się odbył i Fenjan zarządził śmierć przez wbicie na pal. Zamknąłem się w sobie. Nie mogłem myśleć, tak napierdalał mnie baniak. Po dosłownie chwili usłyszałem w celi obok głośne trach. Gwardziści przybiegli w sekundę. - Kurwa mać! Zwiał! Fenjan nas powiesi! - krzyknął jeden - Kurwa chuju, ty się módl do najwyższego Boga żeby cię powiesił, rozrywanie końmi to minimum. - odpowiedział chyba ich dowódca Nie czekałem dłużej. W mojej beznadziejności po prostu zatopiłem się w niebycie, którego ponoć nie było.Wylądowałem w tej dziurze jakiś czas temu. Przez całe moje życie wypasałem i rżnąłem owcę. Prawda, zdarzyło mi się kilka razy zabić psa na śmierć czy z zwykłej złości uśmiercić którąś z owiec gdy nie dała dupy jak trzeba. Pewnie dlatego trafiłem tu gdzie jestem. Życie mnie nie hołubiło, byłem samotny bo jak można było znaleźć dziewczynę chodząc od miasta do miasta, dokładnie tak jak ten pastuch z książki Coelho. Mordowanie zwierząt dostarczało mi potrzebnej rozrywki której wszak każdy potrzebuje. W pewną mroźną, śnieżną styczniową noc jechałem na zapalonym na popych piździku z moim kumplem Glupecem przez las. Piździk był jego, w nie najlepszym stanie. Jechaliśmy Do wsi obok po jakąś tam maszynę co była mu potrzebna – był stolarzem. Wszystkie kończyny miałem zmarznięte na kość. Nie wiedziałem jak jeszcze panuje nad tą piekielną machiną jadącą 40km/h. Na naszej drodze spotkaliśmy potrąconego dzika. W pijackim amoku w którym byliśmy tamtej pięknej i cholernej nocy umyśliliśmy że go weźmiemy, oskórujemy i zjemy. Nie było to jednak takie proste, dzik był duży i bardzo bardzo ciężki. Zajęło nam z 20 minut zanim wtaszczyliśmy go na przyczepkę piździka którym jechaliśmy. Zamiast po maszynę wróciliśmy do domu jadąc około 25km/h. Byłem tak zziębnięty i zziajany walką z martwym dzikiem że byłem pewien co najmniej zapalenia płuc. Na moje szczęście lub nieszczęście nie doczekałem go już. Naszą wielką zdobycz z pomocą dwóch sąsiadów wpakowaliśmy głową w dół na hak w pracowni Glupeca. - Interfektor! Bierz go wypatrosz i oskóruj – powiedział do mnie Glupec - Niby jak jełopie? Pokaż nam – odpowiedziałem Sąsiedzi też nie mieli pomysłu. Jednak on, myślał że wie, zaczął go rozcinać, siekać i nic mu z tego nie wychodziło. Poszliśmy po rzeźnika. On, postawny, w sile wieku, jednak niesamowicie pijany, my przy nim mogliśmy uchodzić za całkowicie trzeźwych przyszedł do nas. Bez słowa wziął się do roboty, wypatroszył, jednak skórowanie nie szło mu wcale. Powiedział nam że dziki, wzorem świń mają często różne choroby i poszedł. My skonfundowani nie wiedzieliśmy co robić. Baliśmy się trochę, przyznaje. Dzik wisiał na haku do rana. Gdy już zabiliśmy klina wzięliśmy go – nasz tydzień jedzenia – do weterynarza. Ten nie chciał wykonać badań. Kurwa chuj! Wróciliśmy z dzikiem do domu Glupeca. Schlaliśmy się jak dzikie wieprze, ba dzikie dziki i próbowaliśmy skórować dalej. Najebany w sztok Glupec przy jednym z cięć rozpłatał mi przypadkowo całą tchawicę. Krew siknęła daleko i lała się niepomiernie szybko. Wykrwawiłem się w rekordowym czasie. I jeszcze szybciej trafiłem do tego pierdolonego piekła. Tak zakończyłem swą ziemską egzystencję, przypadkowo, przez tydzień żarcia, nic więcej. W piekle nie było tak źle jak mogłem przypuszczać, było zajebiście, bezustanne orgie, libację, i co kto wolał. Jednak nastały rządy Fenjana i wiele się zmieniło. Nie podobało mi się że musimy się przed kimś płaszczyć. Godziło to w moją godność osoby piekielnej, nie byle jakiej – Interfektusa! Szedłem sobie spokojnie drogą nie wiedząc dokąd, błąkając się jak zawsze zresztą w nieśmiertelności tak nudnej jak sam skurwysyn gdy z kamienicy obok wybiegł nie kto inny a sam Spiritus Malus, ten władca który na wszystko pozwalał i wszystko potrafił – mój największy piekielny autorytet. Zatopił się w fontannie Patyka i głowy nie wynurzył przez czas tak długi że myślałem że albo się całkowicie schlał albo utopił. Ten jednak całkiem prawie trzeźwy wyszedł po chwili z fontanny. Wrócił do mieszkania. Nie minęło pięć minut jak stamtąd wyszedł i zauważył Brechtemota – swojego fajczanego przyjaciela kota. Rozmawiali ze sobą dość długo, nie wiedzieć o czym. Stałem w miejscu zahipnotyzowany nimi. W końcu Brechtemot zeskoczył z dachu i poszedł ze Spiritus Malusem dalej. Stałem dalej w miejscu. Nie minęła minuta jak obok mnie przeszła Helena – ich przyjaciółka, powiadano że wielka czarownica. Ale co jej z magii jeśli była grubą, brzydką nimfomanką z ogromnym cellulitem którego nie mogły zlikwidować najlepsze kremy. Mało tego, miała przykurcz lewej ręki. Nawet patykiem bym się jej nie tknął. Nie wiem gdzie znajdowała naiwnych. Mało tego, zawsze chodziła nago bezwstydnica. Gdybym ja tak wyglądał nie wychodziłbym z domu. Weszła do kamienicy i więcej już nic się nie działo. Uznałem po chwili że jeśli Spiritus Malus pił z fontanny Patykowej to też się napije. Schlałem się przy niej tak, jak chyba jeszcze nigdy w piekle. I było dobrze. Poszedłem zataczając sie totalnie ulicą, daleko, zmęczony wszedłem w zaułek i zasnąłem w nim. - Kurwa to on. Wstawaj chuju! - krzyczał na mnie gwardzista potrząsając mną niemożliwie. - Eee? - odpowiedziałem prawie nieprzytomny Postawili mnie na nogi i zaprowadzili do Wielkiego Pałacu Fenjana. Bez żadnego pytania wpierdolili do pierdla. Po chwili przyszedł do mnie jeden typ i powiedział że jestem oskarżony o próbę otrucia Wielkiego Fenjana (który tak naprawdę był kurduplem). Nie mogłem w to uwierzyć. Ja?. Wytłumaczył że widziano mnie przy zbrodniarzach którzy próbowali dokonać tego niecnego nawet jak na piekielne warunki uczynku. Na koniec powiedział że mój proces już się odbył i Fenjan zarządził śmierć przez wbicie na pal. Zamknąłem się w sobie. Nie mogłem myśleć, tak napierdalał mnie baniak. Po dosłownie chwili usłyszałem w celi obok głośne trach. Gwardziści przybiegli w sekundę. - Kurwa mać! Zwiał! Fenjan nas powiesi! - krzyknął jeden - Kurwa chuju, ty się módl do najwyższego Boga żeby cię powiesił, rozrywanie końmi to minimum. - odpowiedział chyba ich dowódca Nie czekałem dłużej. W mojej beznadziejności po prostu zatopiłem się w niebycie, którego ponoć nie było. skomentuj (2) hist.2 odc.2 2006-10-13 16:12:08 Wszedłem przez płonąco – odstraszające wrota piekła niczym koleś z Boskiej Komedii Dantego. Tak naprawdę piekło nie było takie złe jakby mogło się wydawać. Tylko ci popieprzeni kapłani chcą żeby za takie uchodziło, a naiwni ludzie w to wierzą. Za wrotami rozpościerało się coś czego nie da się opisać w ludzkich słowach, ogromna brukowana ulica de LaVeya, wszędzie gdzie nie spojrzeć istoty pieprzące się na każdy z możliwych sposobów, niektóre wręcz nawet w niemożliwy sposób, fontanny wszelkich alkoholi, pola pełne marihuany, misy pełne spidów i kokainy. Wszędzie zapach spermy, bryny i dymu tytoniowo-narkotykowego. Poczułem się w końcu jak w domu. Nawet lepiej niż w Holandii. Na powitanie od razu przybiegli do mnie moi przyjaciele – Helena, Oślizell i Brechtemot jak zwykle z fajką w ryju (pierdolony impotent – pomyślałem). - Wróciłem suki! - krzyknąłem odpowiedzieli niepewnym uśmiechem. - Słuchaj mnie uważnie – powiedział Oślizell – Na początku był chaos, który zastąpiły rozruchy pospólstwa, te natomiast wybrały wodza. Nie masz tu szans dojścia do władzy, tu rządzi Fenjan. - Kurwa mać, ten zidiociały kurduplowaty pedofil ?? - nie mogłem uwierzyć - Tak, ten. Mamy dwie możliwości, albo zostajesz zwykłym szeregowcem jak wszyscy, albo robimy przewrót. - Jasne że kurwa przewrót! - krzyknąłem - Ciszej – odpowiedział- to nie będzie takie proste, mamy tu autorytaryzm. Jedyna metoda jaką możemy doprowadzić do śmierci Fenjana to albo przekupienie samej Śmierci która teraz jest na jego posługi, więc w sumie tą możliwość można od razu odrzucić, albo trutka. Jedyną metodą jest otrucie tego kutasa. - Tak zróbmy, o szczegółach pogadamy później. Idziemy się schlać! Niezwłocznie uczyniliśmy to co zamierzyłem. Siedzieliśmy ścioprani w trzy pizdy na ławie. Na mnie siedziały dwie młodziutkie nagie panieneczki. Jedna o kręconych blond włosach, troszkę krąglejsza od tej drugiej – długowłosej szatynki z pięknymi szerokimi ustami. Oślizell jako że ubrany był jak zwykle jak obszarpaniec nie spotkał żadnej dupeczki, Brechtemot ze swoim nikotynowym oddechem także mógł jedynie sobie o tym pomarzyć. Tak jak o zwycięstwie w wyborach samorządowych. Bo gdzie znajdzie wyborców którzy będą głosować by zaczadzić się dymem w oczy. Helena jak każda naga czarownica pewnie dawno pieprzyła się na sianie z jakimś koniorobem. Mój najukochańszy spirytusik techniczny powoli się kończył. Dokoła nas było tłoczno, można więc było rozmawiać swobodnie, nikt nie odważyłby się podsłuchiwać. Przyszła pora na poważną rozmowę – rozmowę o puczu niczym z Siewcy Wiatru Kossakowskiej, nie, lepszym! - Oślizellu, co robimy? - powiedziałem - z czym? - odpowiedział, średnio przytomny - z puczem do kurwy nędzy! - Aaa, no tego, trza otruć. - odpowiedział - To wiem! Jak się pytam? Jak? - Ano do żarcia trzeba dosypać. - odpowiedział patrząc na mnie niemrawo - Ja pierdole Oślizell, to są prawdy oczywiste i nienaruszalne. Nie pierdol od rzeczy – odpowiedziałem W rozmowę wplątał się ze swoim Lucky Strikem Brechtemot - Trzeba, rzecz jasna przekupić służące i dostarczyć im truciznę. By się do nich dostać trzeba przekupić strażnika. Potem czekać na rezultat, to wszystko – powiedział tonem wszechwiedzącego - Mamy na to fundusze? - zapytałem - A mamy, wyobraź sobie że robimy tu niezły biznes, wiesz co najlepiej schodzi na tym pokurwionym zadupiu? Książki o historii powszechnej! - O kurwa, aż tak się poniżyliście. No ale cel uświęca środki w końcu. Po tym zdaniu dokończyłem kubek spirytusu (tak! Kubek!) i osunąłem się pod stół nic już nie wiedząc i nic nie czując, będąc na powrót zwykłym opojem. - i było mi z tym zajebiście dobrze. Obudziłem się i dopiero wtedy kac uświadomił mnie dlaczego piekło jest piekłem. Cóż to było za straszne przeżycie. Łeb rozpierdalał się sam od środka a ja musiałem być tego świadom, usta moje tak odwilgłe że wypiłbym i własne jszczochy gdyby tylko chciało mi się lać. Obok mnie spała moja wczorajsza kręcona na blond koleżanka. Co się zdarzyło? Ni chuj nie wiem. Chwała że w piekle nie ma pojęcia kaca moralnego. Gorzej było gdy niemożliwym wręcz wysiłkiem spojrzałem w prawo i zobaczyłem OsligoZella z... Kolegą. Homoseksualizm był całkowicie normalny u nas, ale, to był mój kumpel. Żal mi go było. Jednak nikt nic nie poradzi na to że jest jakim jest, nawet jeśli Giertych wkroczy do piekła i tak reformy homo na hetero nie wprowadzi. Bo pierwsze co się stanie to ostre rżnięcie jego tyłka. Bywa i tak że poglądy zmieniają się szybko, zależnie od zastanej sytuacji. Swoją drogą on musiał mieć chyba już jakieś wątpliwe przyjemności z gejami, bo jak inaczej wytłumaczyć tą jego antypatię. Może jakiś nocny park? Może Kaczuszka go napadła w sejmie? Kto wie, kto wie. Podniosłem się z wielkim trudem i wybiegłem na ulicę. Zanurzyłem całą głowę w fontannie wybornego wina znanej powszechnie marki patyk. Tkwiłem tak czas jakiś dopóki nie zabiłem klina bezlitośnie. Wróciłem i Obudziłem Oślegozella. - Kurwo, wstawaj! - Ja pierdole, co jest? - odpowiedział półprzytomny - Masz tą truciznę? - Co? - Truciznę głupia dupo - W szufladzie po lewej. Odpowiedział i zasnął ponownie. Znalazłem małą ampułkę, to musiało być to. Schowałem ją w kieszeni i wyszedłem. Brechtemot siedział na dachu, musiał widzieć akcję z patykiem, co za wstyd!. Ale nie czas myśleć teraz o tym. - Choć tu cieciu – krzyknąłem - Co jest zakapiorze. Kutas, nigdy nie odczuwał kaca. Wytłumaczyłem że bierzemy kasę, ja mam trutkę i robimy akcję puczową. On zdziwiony tym że ja tak od razu – ale co miałem robić? Być dalej nikim? O nie, w życiu. Po kilkuminutowych namowach zeskoczył do mnie. - Kase mam przy sobie. - powiedział - idziemy! Doszliśmy do końca ulicy. Wielki pałac, Mój pałac zastąpił nam drogę. Znałem go dobrze. Poszliśmy od razu do tyłu gdzie mieściły się kwatery służących. Przy drzwiach stał strażnik. Wyglądem przypominał trochę Ryśka Riedla, przećpany, zarośnięty. Swój chłop. Wypróbowałem go, chcąc wejść bez pytania o takową możliwość. - Stój! - krzyknął i wyskoczył na mnie z halabardą, podstawową bronią strażników - eee...? - odpowiedziałem - nie możesz wejść bez przepustki! - Oj, naprawdę, nie mogę uwierzyć. Myślę jednak że ty masz jakąś przepustkę dla mnie. - mówiąc to Brechtemot wrzucił mu do krótkiej skórzanej kurtki strażników dość pękatą sakiewkę. - Proszę mnie nie drażnić. - odpowiedział cierpko Brechtemot wrzucił drugą. Grubszą. - Myślę że mogę jednak coś dla panów zrobić. - Powiedział strażnik ręką sprawdzając wielkość łapówki. Taka to lojalność w piekle. Wziął klucz i otworzył nam w końcu drzwi z ociąganiem. Byliśmy w środku. Wszystko szło świetnie. Prawie bez problemu znaleźliśmy kwatery kucharek – nie znałem dobrze tego skrzydła zamku. W środku była jedna. Wspaniale. Chciałem zacząć rozmowę, Brechtemot jednak uprzedził mnie. - Słuchaj bura suko! Chcesz żeby twoje życie było piękne, łatwe i przyjemne. To da się zrobić, musisz tylko sprawić jeden drobny uczynek. Zrobisz to? - Co, panie? - odrzekła - Tą oto trucizną – Brechtemot mignął kryształową fiolką – otrujesz władcę. Niestety, kucharka była zbyt głupia, zbyt lojalna albo po prostu życie jej było nie miłe. Krzyknęła - Mordują Króla! Mordu... Tyle zdążyła wykrzyczeć zanim Brechtemot wkurwiony na całego dźgnął ją kilkakrotnie nożem kuchennym który był położony na stole. Minęły góra trzy skurcze serca gdy do kwatery wpadło dwudziestu strażników. Sytuacja była krytyczna. Jedna głupia kurwa. Nie mogłem nic zrobić. Brechemot mógł - wyskoczył przez okno i uciekł. Tyle chuja widziałem. Ta lojalność piekielna której kurwa nie ma. Bez słowa wzięli mnie przed króla potrącając bestialsko. - Chciałeś mnie otruć chuju? - powiedział spokojnie Fenjan - Nie masz dowodów, panie. - odpowiedziałem - Jak ich jeszcze nie ma to za chwilę się je zrobi złotko. Do lochu z nim. Mistrzu małodobry, wymyślnie tym razem, z fantazją! - powiedział, i ziewnął przeciągle. Wpakowali mnie do lochu. Miałem jakąś godzinę, no może dwie do zakończenia żywota. Czym że jestem że nawet w piekle mnie nie chcą. A ponoć wszelkie zło to wina systemu. Tak to racja, bo dlaczego się kradnie? - Bo taki system, dlaczego się gwałci? – bo taki system. To wina systemu. Ale dlaczego do kurwy w piekle mamy autorytaryzm. Piłsudzkiemu lepiej poszło z przewrotem majowym niż mi z piekielnym, choć sam potem wprowadził sanacki autorytaryzm. System jest zły. Jakbym miał jakiekolwiek szanse odzyskać władze, poprzysiągłbym sobie zmianę systemu. Szansy takowej jednak nie miałem. A może nie mogą mnie zabić, bo co się ze mną stanie. Wszak niebytu nie ma, ktoś tam pierdolił że nie można o nim myśleć inaczej jak tylko o zaprzeczeniu bytu. A poniżej piekła jest ponoć niebyt którego paradoksalnie nie ma. Ciekawe. Ten sukinsyn Brechtemot zostawił mnie, nie można liczyć na przyjaciół, nie ma przyjaciół, jestem tylko ja, zdany tylko na siebie. Z tą przyjaźnią to chyba jak z tym niebytem którego nie ma. Co zrobiłem, to było proste. Byłem synem boga jedynego, którym sam zresztą przecież byłem jednocześnie. Układałem inkantację z pół godziny po czym przeniosłem się z powrotem na ziemię. Kurwa znowu ta patologia! Nie minęła ani minuta od mojego wyjazdu stamtąd. Jednak miejsce było inne. Tak mi się nasunął Ferdydurke Gombrowicza gdy zobaczyłem gdzie jestem: „ W połowie drogi mojego żywota pośród ciemnego znalazłem się lasu. Las ten, co gorsza, był zielony.” Tak też było w istocie. Nie mając alkoholu, nie wiedząc gdzie się znajduje, postanowiłem zostać w tym miejscu gdzie się znalazłem na noc. Używając troszkę magii rozpaliłem ognisko i rozłożyłem się nieopodal niego. Oszałamiająco było widać gwiazdy. Ognisko już dogasało gdy spośród kępy krzaków wybiegły w moją stronę dwa szczury. - Można się przysiąść? Cholernie zimna noc! - powiedział jeden Z braku towarzystwa, jakiegokolwiek, uznałem że nawet dwa szczury to dobrzy kompani. - A bardzo proszę, macie może odrobinkę bimbru ? skomentuj (0) hist.2 odc.1 2006-10-13 16:11:41 Wiecie, że Czad, Bies, Diabeł, Szatan, Czart, Jan Maria Rokita to określenia jednej osoby z Czworoboskiej Czwórcy – mnie – Spiritus Malus, będącego w sumie Spiritus Movens i mającego ze spirytusem takim czy innym wiele wspólnego, na złą drogę zawsze wprowadzającego. Prawda jest okrutna. Bogowie wyjebawszy mnie z nieba i zrzucając w otchłań piekielną myśleli sobie że już po mnie. Ja jednak będąc w swej potędze równy im zjednoczyłem piekielne zastępy – nikt jeszcze nie napisał tak obszernej demonologii by o nich wszystkich można było przeczytać. Ruszyłem moją armią na niebo, mimo wszystko porażka była nieunikniona, jednak udało mi się skontaktować z moim bratem – Jezusem, któremu udało się mnie przemycić niczym ruską wódkę z powrotem poza niebieskie wrota św. Pjetji. Tam mój Ojciec, stwórca wszelkiej rzeczy połączyć się ze mną, tak oto ze świętej trójcy do teraz wyznawanej przez Chrześcian i jakiś tam innych zacofańców powstało coś nowego, do czego doszły tylko szczury mogące wywęszyć każdą zmianę która zachodzi za niebieskimi wrotami. Tak oto powstał nasz kult, nie Chrześciaństwo i Satanizm po prostu kult CzworoBoga, jednego, będącego w Czwórcy. Tak pięknie i wspaniale było przez prawie dwa tysiąclecia. Ojczulek jednak się wkurwił, moje ciągoty do niezłych anielic i dobrego spirytusiku nie były w jego oczach pochlebne. Największym problemem było piekło które bezemnie i mojego totalnego terroru pogrążyło się w totalnym chaosie nie mogąc zrobić nic, sparaliżowane od środka. Na resocjalizację Ojciec posłał mnie na ziemię gdzie miałem odtąd przez wieki pełnić posługę dobra i zła, według własnych upodobań, on natomiast na koniec próby miał sprawdzić mnie i ocenić czy mogę ponownie złączyć się z nim – Wielkim czy też wrócić do piekła i na zawsze pochłonąć się w pięknie bólu i siły. Na ziemi był 30 styczeń 1933 roku kiedy zszedłem na ziemię. Wcześniej, tam z góry szeptałem Adolfowi Mein Kampf, który swoją drogą okazał się nie lada bestsellerem. Ach, nie wspomniałem, miałem jeszcze króciutki incydent wcześniej w bodajże 1928 kiedy to robiłem pierwsze rozpoznanie w Moskwie z niejakim Berliozem i wieloma innymi. Robiliśmy tam z moją świtą - Heleną, OślimZellem i Brechtemotem niezły rozpiździel. Było zajebiście. Wiecie, jestem turpistą, kocham brzydotę, postanowiłem żyć w postaci szczura, choć zawsze mogłem się przemienić czy przenieść w czasie gdzie chciałem. Szczur był rozsądnym, inteligentnym zwierzęciem. Był tym kogo potrzebowałem do egzystencji. Choć istniałem dawniej, teraz i w przyszłości będąc jednym bytem. Tak to prawda, znam przyszłość. Wiem nawet że w tym momencie to właśnie Ty czytasz to co dyktuje temu idiocie, cieszy cię ten fakt, nieprawdaż ? Tak naprawdę jestem romantykiem, kocham pełnie księżyca, spotkania z wilkołakami i wampirami, nocne wieczory, kolacje przy świecach i gotycką atmosferę. Mało jest jednak kobiet mogących to ścierpieć, boli mnie to i upokarza, uraża wręcz moją męskość. Na tym świecie nie ma tego czego potrzeba do dalszego samorozwoju. Co więc czynić? Postanowiłem zabawić się w polityka. Pomogłem w tworzeniu IV Kaczej Rzeszy Pospolitej szepcząc do ucha wyborcom. Pomagam i teraz w rozpadzie koalicji. Nienawidzę tylko ucha szanownego pana Leppera który ma je zwykle pełne woskowiny, nie wspominając o wielce szanownym ministrze Giertychu który swoje ma zatkane tak mocno że nie słyszy ni pochlebstw ni bluzgów na swój temat. Jego świat opiera się na tym co sam sobie ubzdura, a zwykle niewiele ma to wspólnego z rzeczywistością. Co zresztą ukazała jego propozycja matury. Pełniłem role szarej eminencji wzorowanej na rozpustnym Rasputinie i było dobrze. I nasza Rzesza Pospolita, wzorem piekła także coraz to bardziej pogłębiała się w chaosie. Było mi mało, stworzyłem oficjalne koło Mizoginistów, co i nóż podburzałem te głupie cipy – feministki do walki o emancypację która i tak już nastąpiła. Tylko raz usłyszałem z ust starszej babci przechodzącej obok Manify feministycznych kurw – O tempora! O mores! I zrobiło mi się lepiej, umiałem czynić autentyczne, niezaprzeczalne przez wszystkich prócz relatywistów zło. Chciałem stać się tym złem, byłem tym złem, ba, byłem najwyższym autorytetem w dziedzinie zła, Bogiem Zła! Potężniejszym od własnego Mistrza i Ojca! Rewolucja poglądowa zjadała powoli swoje dzieci niczym wilczyca zagryza własne młode. Feministki kończyły gwałcone, mizoginiści zasztyletowani, politycy usuwali się ze sceny politycznej. Totalna perfidna Anarchia! Upajałem się tym rozkładem wszystkiego, ja, wydziedziczony Bóg – Samo zło, tak, wydziedziczony i posłany na front niczym Achaja w powieści Ziemiańskiego. Dałem radę obrócić wszystko w pył dałem radę zniweczyć tak wielkopomną misję Ojca, mogłem w pełni triumfu wkroczyć prosto w czeluście piekieł by dalej kierować swym dziełem z wygodniejszej perspektywy, bo po co miałem pytać się Ojca o zdanie, wszak byłem już samodzielny... skomentuj (0) hist.1 odc.7 2006-10-13 16:11:19 Umówiłem sie z ekipą pod monopolowym na Tytoniowej. Mieliśmy iść na koncert do Don Kichota, dzisiaj grała Totalna Destrukcja, Wiejskie Gówno i Chuj Kościelnego, szykowała się zajebista impreza. Gdy wyszedłem z mojej meliny i szedłem drogą inne szczury przechodziły na drugą stronę drogi, nikt nawet na mnie porządnie nie spojrzał. Bali się inności. Kurwa co to kogoś obchodzi że nosze różowego irokeza, łańcuch, kraciaki, ciężkie buty, starą papę i kilka agrafek po uszach i w nosie. Jebana nietolerancja, stereotypy czy chuj wie co. Heniek Ołwer (zwany po prostu Ołwerem) i Blizna (która swoją ksywę zawdzięczała brzydkiej bliźnie na lewym policzku – pamiątce po kocich prawiczych cipach) już na mnie czekali. Zajebiście. - Co jest szmaty? - powiedziałem na powitanie - elo Sid, kurwo – odpowiedział Ołwer - mamy jakieś heble? – zapytałem szczerze w to wątpiąc - gówno a nie heble, trza cos ustukać – odpowiedziała Blizna - No to jazda, do roboty cipy! - wydeklamowałem Żebranie szło szybko, z naszym wyglądem każdy zaczepiony od razu wyskakiwał z funduszy w strachu że dostanie wpierdol teraz albo za chwilę. Po kilku minutach mieliśmy już dość pieniędzy żeby się porządnie zaprawić na koncert. Kupiliśmy w monopolu przy którym się spotkaliśmy sześć łajn zwanych Byczym Moczem i poszliśmy wypić je za sklep. Dziś, na kacu smakowało wyjebanie zajebiście. Wychlaliśmy je wszystkie w mig, śmiejąc się do rozpuku i paląc skręty własnej roboty, bo fajki były w cholerę drogie. Humor był poprawiony aż nadto, oddaliśmy butelki na kaucje przy okazji próbując poderwać starą i brzydką że ja pierdole ekspedientkę, na trzeźwo nawet kijem bym jej nie tknął. Chuj. Lekko chwiejnym krokiem poszliśmy do Don Kichota, ludziom wydając się jeszcze bardziej odrażającymi. Pod knajpą było trochę patologicznych jednostek, w większości znajomych. Nikt normalny by się w tym momencie nie pokazał przy Don Kichocie a tym bardziej w nim. Już przy witaniu się z resztą hołoty nie trudno było zauważyć że wszyscy jesteśmy nieźle napierdoleni. Kurwa dobrze że jakieś skurwysyńskie młode hippie czy emo nie przyszli zobaczyć jak to jest na koncercie bo ja pierdole, nie ręczyłbym za siebie, choć oczywiście jestem zajebiście tolerancyjny. Ale oni zwykle wolą koncerty znanych komercyjnych pseudo-punkowych chłamów, i chwała im za to! Kurwa niby andergrandowa scena punkowa jest tak skomercjalizowa że żeby iść na normalny, darmowy koncert, prawdziwych kiczowatych kapel punkowych to trzeba się przejebanie natrudzić. Dzisiaj jest ten dzień, i kurwa zajebiście! Nie mam marzeń, nie mam żadnych złudzeń, jestem degeneratem, jebanym wyrzutkiem społeczeństwa, dopóki zamykamy się w swoich ramach nikt nas nie rusza. Dopóki nie jesteśmy groźni rządzący nas nie zauważają. I dobrze. Niech pojebani anarchiści sobie walczą, ja wole Byczą Moc i dobrą panienkę na noc, to jest całe moje pojebane życie. I niech tak pozostanie, nie ma żadnych perspektyw. Anarchia jest tylko snem z którego ciężko się obudzić. Jak dobrze że ja cały czas śnie na jawie – o jaboliku a nie jakimś w dupę kopanym nowym systemie kolektywnym, syndykalistycznym czy chuj wie jakim jeszcze. Niech sobie dzisiaj protestują na Wąskiej, ja się najebie, pobawie i pójdę do meliny. Bo nie ma już żadnej nadziei. I nie ma przyszłości. Jest tylko jedna walka – o przetrwanie, a nie żadne pierdolone lepsze jutro. Weszliśmy do knajpy jako jedni z ostatnich, była zapchana brudami na maxa, chyba wszyscy śmieciożercy z okolicy się zebrali. Śmierdziało bryną, tanim wińskiem, potem i brudem, ale to norma, nie pachniałem lepiej. Totalna Destrukcja zaczynała grać! - Pierwszy kawałek zagramy o naziźmie – powiedział wokalista. Zaczęła się rzeźnia, oni nie grali, trudno to było nazwać muzyką, każdy jechał swoje, metronom popierdolił im się chyba totalnie, wokal było słabo słychać ale wiedziałem co śpiewa, znałem ten kawałek. arbeit macht frei zabijaj nazistoskie suki! arbeit macht frei pluj im prosto w twarz! arbeit macht frei kop ich po czerepach! arbeit mach frei wylewaj ich krew ! Zaczęło się pogo, ostre napierdalańsko przy szybkim, ciężkim kawałku, uwielbiam to!. Gdy skończyli łydki miałem zajebiście opuchnięte, wokalista wypluł na nas chyba tony śliny, i kurwa zajebiście!. Po następnym kawałku przystopowałem, nie te lata już coby można było cały kawałek przetańczyć. Kupiłem sobie piwo, usiadłem z Blizną która rozmawiała teraz z Autsajdem, zapaliłem skręta i słuchałem. Piwo było rozcieńczone, ale i tak zajebiste. To jest właśnie punk! Picie i dupeczki i teksty które nic nie zmieniają, takie prosty marksistowski opium dla mas, jak religia, bo to jest moja religia! Na koncercie tworzymy wspólnotę, jesteśmy jednością i modlimy się, do samych siebie i własnego bez-przyszłościowego ja. Może ten cały punk jest stworzony przez państwo tylko po to by zamknąć nas w ryzach, byśmy się zapili, zadupczyli, ucichli, żebyśmy nie byli groźni dla systemu. I kurwa nie będziemy, bo tak jest zajebiście. Zaczęło grać Wiejskie Gówno, i po dwóch pierwszych kawałkach naprawdę okazało się że to jest Wielkie Wiejskie Gówno. Zaczęliśmy skandować: WYPIERDALAĆ, WYPIERDALAĆ!! Ładnie ucharakteryzowani na punków muzycy zmyli się w oka mgnieniu, i dobrze! Teraz ma zagrać gwiazda wieczoru Chuj Kościelnego, zajebista kapela. Żeby szybciej się rozłożyli wołaliśmy: KURWA MAĆ ! PUNKA GRAĆ !, nawet się nie nastroili ni wzmacniaczy dobrze nie ustawili. Wjebałem się szybko w pogo, i znowu napierdalańsko przy ich sztandarowym kawałku: Litania Ojca Azora: Boże gdzie jesteś gdy biją po mordzie Jebane skinheady walczą przeciwko mnie Boże gdzie jesteś gdy okradają mnie Pierdolone dresy to dla nich liczy się Boże gdzie jesteś gdy kobietę mi gwałcą Dla kurwiarzy-gwałcicieli tylko sex liczy się Kurwa Boże dlaczego mnie olałeś Kurwa Boże dlaczego zapomniałeś Boże już nie będę się modlił do Ciebie W twe oblicze patrzył jak rydzykowa banda Boże ja wiem, że gówno Cię obchodzę I wkurwia mnie cała katolicka propaganda Boże już chyba w Ciebie nie wierze Bo nigdy w życiu nie dałeś mi nic Przy tym jednym kawałku pogo było tak zajebiste że straciłem dwie agrafki w uszach i rozjebano mi łuk brwiowy. Kto by się tym jednak kurwa przejmował! Zabawa trwa! Zabawa to ja! Z koncertu cała nasza już 12 szczurowa ekipa wyszła z bananami na naszych zjebanych ryjach. Mało było imprezy, idziemy na wino, pozbieraliśmy co każdemu zostało. Skoczyliśmy do monopolu i jak zwykle za rogiem zaczęliśmy pić, a że byliśmy kurwa w zajebistych nastrojach nastrojeni punk rockiem zaczęliśmy głośno śpiewać Kurwa boże dlaczego mnie olałeś kurwa boże dlaczego zapomniałeś! Gdy toczyło się w kolejkę trzecie winko niespodziewanie wpadło SMO chuj im wszystkim w dupę! Każdy z nas pobiegł w swoją stronę. A ja oczywiście wybrałem tą najmniej odpowiednią!. Cipy z SMO złapały mnie w ślepej uliczce. Napierdolili mi pałą, nie miałem szans jakiejkolwiek obrony. Zabrali do lodówki i wywieźli na Wąską. Najebali mi jeszcze raz, już w pierdlu i wpierdolili do celi. Kurwa gdzie wolność punka! Kurwa nie można wina pić, nie można śpiewać? Co jest kurwa! Odszczepieńcy społeczeństwa lądują zawsze w tym samym miejscu, niekoniecznie po resocjalizację ale zawsze po wpierdol. Kurwa jak teraz się pokaże przed ekipą, dałem się złapać SMO jak jakiś pierdolony pozer który pierwszy raz pije wino – całe moje życie. Kilka godzin potem usłyszałem ciche pojękiwania z celi obok, może złapali jeszcze kogoś od nas, nie mogłem jednak tego sprawdzić. Jakiś czas potem słyszałem że zaczęła się manifestacja na Wąskiej. Chuj wie z jakiego powodu, ale aktywiści nie dawali mi kurwa spać! W każdym razie SMOwskie cipy poszły przed komisariat. Chwilę po tym przebiegła dwójka szczurów, po chwili wracali w trójkę. Jakie szczęście do kurwy! Jeden z nich zaraz przed moimi drzwiami – kratami upuścił klucze do celi! Jak najszybciej mogłem wziąłem klucze i otworzyłem. Znów byłem wolny. Kurwa kocham anarchistów i lewaków! Bez zastanowienia pobiegłem za nimi. skomentuj (0) hist.1 odc.6 2006-10-13 16:10:51 Nabożeństwo dobiegało końca. W świątyni codzień pojawia się coraz mniej szczurów. Co oni robią z własnym życiem, trywializują religię, marnują wieczność dla skrawków teraźniejszości. Są tak bardzo puści w środku. Dlaczego nikt im tego nie powie, dlaczego nikt nie zawoła, dlaczego nikt ich nie przywoła? Świątynia była ogromna, wprost ginęła w przepychu, jak zresztą każda, komu to miało służyć, te cało bogactwo, CzworoBogowi, tak to on był naszym Panem, to on był naszym Zbawieniem. Bóg w Czterech osobach z Czterema łapami. Święta liczba – cztery. Właśnie odśpiewywaliśmy psalmy pochwalne ku czci Pana. Niepostrzeżenie zatopiłem się w retrospekcji własnego prozaicznego życia. Wychowywałem się w bardzo religijnym stadzie. Codzień całą liczną rodziną chodziliśmy do świątyni na nabożeństwo. Ponadto dwa razy dziennie modliliśmy się wspólnie przed figurą wielkiego CzworoBoga. Zamiast bawienia się z innymi dziećmi w brutalne zabawy rodzice czytali mi Świętą Księgę. Wychowanie zaprocentowało, dostałem się do rady świątynnej, odczułem to jako jedno z największych osiągnięć mego ziemskiego życia. Teraz wszystko to stawało się jednak mniej ważne, starość zaczęła boleśnie rozkwitać we mnie, bólem i poniżeniem. Życie to etap w którym się jest straconym już na początku. To tak jakby stawać do maratonu ze złamanymi kończynami – oczywistym jest że się nie dobiegnie. Albo jak tworzyć rząd z partii odmiennych poglądowo, tak jak u nas, wiadomo że koalicja pójdzie szybko w rozsypkę. Czworobogu doskonały daj nam cząstkę swojej chwały – śpiewali wierni Byłem lepszy od całej reszty masy, byłem wierzący w coraz bardziej ateistycznym społeczeństwie. Mam nadzieje że ukochani dobroczyńcy narodu, bracia Kaczyńscy, Ojciec dyrektor i pan minister Roman sprawią że będzie więcej wierzących i że wyplenią te rosnące jak grzyby po deszczu sekty. Największe niebezpieczeństwo! Opowiedziano mi kiedyś że członkowie jednej sekty bili się co nabożeństwo, że spuszczali sobie krew, podobno nawet w jednej uprawiali orgię podczas nabożeństwa! Przecież to straszne, niemoralne, całkowicie nieetyczne, straszne, samo wyobrażenie wydaje się wręcz niewyobrażalną patologią. Radio Ojca Dyrektora, którego słucham codziennie jednak na pewno odmieni sytuację. Mówi samą świętą prawdę, jedyną prawdziwą prawdę. Niech wielki CzworoBóg was strzeże! - powiedział kapłan i tym samym zakończył nabożeństwo Wyszedłem z kaplicy mając zamiar skoczyć jeszcze do kawiarni na Wąskiej. Była to malutka przytulna kawiarnia gdzie zamawiając kawę i ciastko można było w spokoju poczytać gazetę lub choćby popatrzeć przez wielką szybę na przechodniów. Dziś była pełnia, piękna noc. Byleby tylko nie spotkać gdzieś w ciemnym zaułku wilkołaka. Szedłem ulicą spokojnie mijając śpieszących się. Nie lubię na to patrzeć, ciągła pogoń za mamoną czy awansem społecznym, przecież nic im z tego nie przyjdzie! Ale niech pracują, bo nasz wspaniały rząd weźmie sobie ich podatki, rozda między siebie a to co zostanie przeznaczy na katolizację. Ba, na katolicką – indoktrynację! Od najmłodszych lat. Działalność misyjna, I świat będzie piękniejszy, Kaczyńscy stworzą raj na ziemi. Niech tylko wcześniej nie zatrują się jabłkiem od Renaty Beger. Gdy wchodziłem na ulicę Wąską wyraźnie słyszałem jakieś krzyki i CzworoBóg wie co jeszcze, byłem jednak zdecydowany na kawkę, ponadto ciekawość była silniejsza niż wrodzony instynkt samozachowawczy. Byłem na tyle blisko że dokładnie widziałem co sie stało. To było okropne. Szyba mojej ulubionej kawiarni rozwalona w pył. Jak można było dopuścić do tak wielkiej dewastacji!. Na ulicy leżało pokotem kilkanaście szczurów, reszta walczyła zawzięcie, manifestacja kontra SMOwcy którzy widać powoli przegrywali. Krew lała się po bruku i wnikała w szpary między nim. Wszyscy rozwścieczeni. Flagi manifestujących leżące na ulicy – oni sami deptali teraz po nich, po własnych świętościach. Kosze na śmieci powywracane, na ulicy deski, kije, gazety, brud i smród piętrzące się nad walczącymi. Kilku z tych leżących się nie ruszało. CzworoBoże, co tu się dzieje? Co się dzieje z tym światem? Zacząłem zawzięcie klepać zdrowaśki w rytm odgłosów bitewnych. Stałem tam za długo. Kot uderzył mnie w przelocie i rozorał mi trochę grzbietu, na szczęście powierzchownie. To mnie otrzeźwiło. Koty rzuciły się i aktywiści nie mieli już żadnych szans. Padali gęsto. Nie czekałem dłużej, uciekłem w te pędy. Gdzie mógłbym pójść jak nie do swojego CzworoBoga, wylądowałem zdyszany w świątyni. Kapłan popatrzył się na mnie dziwnie i zapytał: - Orthodoxie, co się stało? Spokojnie, opowiedz mi wszystko gdy w końcu złapałem oddech po kilku sekundach zacząłem mówić: - Wszedłem przypadkowo w bitwę. SMO, manifestujący, dołączyły jeszcze koty, patrz co mi zrobiły! - O Czworoboże, choć pójdziemy opatrzymy to. Gdy kucharka kapłana opatrzała mi ranę zdałem już kapłanowi Evangeliusowi całą relację z wydarzenia. - To nic nie znaczy. Szczury ubogie w duchu posuwają się do przemocy. Ty nie bądź taki. Manifestacje z gruntu są szatańskie a aktywiści to nasienia zła, zapamiętaj moje słowa! Burzą porządek który jest na tym świecie. Nie należy żałować zmarłych, nie należy żałować rannych. Niech sczezną wszyscy! Niech ich pochłonie piekielny ogień! Na marginesie, potrzebuję trochę pięniędzy na wiesz, sprawy świątynne, mam nadzieję ze mogę liczyć na pokaźną sumkę od Ciebie. Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi, choć w gruncie rzeczy miał rację, duchowny zawsze ma rację! To jedna z przenajświętszych prawd o jakich słyszałem w Radiu Ma Ryja Ojca Dyrektora, tak, na pewno. Wróciłem do świątyni, mojego drugiego domu. Modliłem się żarliwie o to żeby wszyscy aktywiści umarli, by płody aktywistów bestialsko mordowano jeszcze w łonie matki, by ich stopy nie brukały tego świata, naszego świata, świętego świata czarnych kapłanów! Modląc się gorąco dostąpiłem niesamowitego błogosławieństwa, oto ołtarz zamazał się i przede mną stanął nie kto inny a sam CzworoBóg, przyobleczony w błękit, niemożliwy do opisania w swym pięknie, rzekł: - Szczurze, puchu marny, żądasz śmierci innych, odpowiedz pierw za własne życie, oni walczą o lepsze jutro, a ty siedzisz biernie i klepiesz zdrowaśki które wcale nie radują mnie, wyrecytowane nic, jak kiepski wiersz. Nie sądźcie a nie będziecie sądzeni, nie pamiętasz? Dlaczego wpatrujesz się jak we mnie w kaznodziejów i ich massmedia które bardziej odciągają od wiary niż nałóg alkoholowy? Zapamiętaj sobie, gdy błagasz o śmierć kogoś to tak, jakbyś już sam był martwy. Nie jesteś w żadnym razie wart zbawienia. Jedna łza poleciała z oka Orthodoxa, w jednej chwili znienawidził cały kościół, wszystkich kapłanów, Ojca Dyrektora, znienawidził wszystko w co wierzył, stał się pusty jak wielkanocna wydmuszka. Umarł duchowo wśród swoich złotych cielców którym służył. Nie wiedział co robić, właśnie poznał całą prawdę o religii – gówno prawdę. Wybiegł ze świątyni ciągle płacząc, wprost pod koła miasta. skomentuj (0) hist.1 odc.5 2006-10-13 16:10:27 Obudziło mnie głośne dudnienie o kraty, czułem się bardziej zmęczony niż przed kimaniem. Jakiś skurwiel robił sobie zabawę pod hasłem wkurwianie więźniów odcinek drugi. Byleby się z tego nie porobiła pierdolona telenowela typu moda na sukces bo kiepskie moje przyszłe życie. Moje nowe zajebiste mieszkanie odróżniało się zdecydowanie od moich wcześniejszych. Przede wszystkim kratami w oknach i drzwiach, surowością wnętrza i nędznym umeblowaniem – z jedną niewygodną w dupę jebaną pryczą. Cóż, w końcu dobre i to. Wstałem z niewielkimi problemami i to co zobaczyłem w kurwę mnie ucieszyło! Do takiego szczęścia mogłaby mnie doprowadzić jeszcze tylko jedna rzecz! Odwołanie rządu Kaczek! Miska grysiku (bez cynamonu!) i woda, prawdziwa czysta woda! Smakowały lepiej niż najlepsze posiłki pod Jemiołą, i nie było ryzyka dostania wpierdol od jebanych prawiczków – kotów. Po dwóch godzinach nic nie robienia miałem dość, zacząłem chociaż chodzić po mojej celi o numerze dla mnie nieznanym. Dla tak niewyobrażalnej ilości szczurów zwykła wegetacja, ciche i spokojne przeżycie życia i jeszcze cichsze rozłożenie się zwłok jest ideałem życiowym, celem ich nic nie wartej egzystencji. Ale kurwa nie dla mnie, nie chce pracować, i nie chce kurwa umierać! Trzeba działać, naprawiać, niszczyć i budować na nowo, ale nie w tym jebanym pierdlu z jeszcze w miarę czystą posadzką. CzworoBoże, dlaczego ja, i co do cholery oni mają zamiar ze mną zrobić, przeca małoświętej inkwizycji już nie ma od dobrych kilku wieków, a może wprowadzili ją ponownie? Chyba że to Mussolini albo Hitler skusił Jezusa z Nazaretu o wyznanie tajemnicy zmartwychwstania? CzworoBogu RATUJ do kurwy nędzy RATUJ!. Dalej już nie miałem czasu zagłębiać się w rozmyślaniach. Do celi wszedł SMOwiec i jeb, ciul, dup, ja pierdole, skatował mnie tak okrutnie że krew była nabazgrana i na ścianach, a ja nie śmiałem nawet spróbować poruszyć jakąkolwiek częścią ciała przez dłuższy czas. Leżąc tak z łzami w oczach i widząc własną krew dosłownie wszędzie tak mi się głupio nasunęła myśl kwietyzmu, toć ten koleś co to wymyślił miał rację, trzeba się do chuja podporządkować! I pierdolić wszystko najlepiej, i pewnie właśnie dlatego papież jakiś tam z kolei go potępił z tą swoją inkwizycją co ją chyba wskrzesili też. I właśnie w tym momencie przyszła mi myśl która dała mi cholerną ulgę w tej celi, która pozwoliła nadal egzystować w tym jebanym kwadraciku ścian, bo to taki Protagoras z tym swoim poglądem że wszystko jest względne zmienił mój komfort celo-życia, tak więc se mogę powiedzieć że będąc zamknięty jestem wolny, bo jestem do chuja, jestem! Moja wolność jest w mojej głowie. Nikt nie może mi zakazać myśleć, nikt nie może mi zakazać patrzeć na świat tak jak patrzę i nikt nie może na mnie nałożyć tak wielkich sankcji by zmienić moje myślenie, żadne myślenie moralne które jest standardowe nie jest w stanie podciąć mi skrzydeł. Nie ma ścian, nie ma nic jest tylko nihilizm poznawczy, to ja nim jestem. Przynajmniej do czasu wypuszczenia mnie stąd, o ile to kiedykolwiek nastąpi. Po godzinie mój nihilizm przemieniał się już w dekadentyzm czy katastrofizm, czy może jeszcze inne chujstwo. To wszystko dawało coś przez co łatwiej było przetrwać najgorsze chwile, działało jak najlepszy znieczulacz na najgorsze, wręcz śmiertelne rany. I mijała godzina za godziną i ból w łapie bez palca był coraz bardziej nieznośny, mimo wszystko. Siedziałem już w tym jebanym pierdlu zdecydowanie za długo. Tak jak więźniowie obozu koncentracyjnego Auschwitz – Birkenau, gdy usłyszałem krzyki, wielogłosowy chór skandował hasła w tylu: G8 won ze świata stron! Czy zróbcie se lody zamiast dewastacji! CzworoBoże!! Manifestacja!!. Była piękna noc, księżyc w pełni, a tam za murami walczyli z szczurzym G8, ja natomiast, wyalienowany, zamknięty, nie mogłem im dopomóc w krzyku, nie mogłem stanąć z nimi ramię w ramie i skandować, nie mogłem nic. Bezsilność jest największym przekleństwem! Wyglądałem zza krat by spróbować zobaczyć aktywistów, może spojrzeć w twarze znajomych, było to jednak niemożliwe z powodu ciemności i tego że miałem dość ograniczony, jebany w dupę punkt widzenia. Widziałem tylko czerwoną łunę rac, to wszystko, tak mało a dało mi tyle radości. Słyszałem stukot SMOwskich ciężkich butów które w pośpiechu zbiegały do manifestujących. Już wiedziałem co się szykuje, zadyma. Gdybym był teraz wśród aktywistów to rzuciłbym się z taką furią na SMOwców że rozniósłbym w popiół nie tylko nich ale także cały ten jebany komisariat na Wąskiej. Po chwili już było słychać odgłosy walki, świsty, krzyki, pojękiwania, gdzieś, cichutko nawet płacz, od tego wszystkiego tynk spadał z sufitu. Oby nasi wygrali! Odgłos zamka, o kurwa wasza w dupę pojebana sukinsycka mać, przychodzą pewnikiem by mnie w końcu zajebać na śmierć, jak nic. Drzwi się otworzyły z głuchym skrzypnięciem i ujrzałem – WŁADZIA! To była dopiero radość, to była ekstaza, tak mistyczne doznanie jakiego nie dałaby mi żadna pierdolona religia! - No Dux, jesteś, szybko, spierdalamy! - powiedział Pobiegłem za nim, łapa napierdalała cały czas, komisariat był całkowicie pusty, była z nim jeszcze tylko Ramaszka. Wybiegliśmy z komisariatu, jeszcze kątem oka zobaczyłem wielką bitwę antyG8owców z SMOwcami, było ostro, i ruszyłem najszybszym biegiem w moim życiu. Biegliśmy aż do miejsca docelowego i nie było to CIS Potkan ani moje mieszkanie 7c przy ulicy Gwardii Ludowej, zbyt niebezpiecznie. Chcieli mnie ulokować w kościele protestanckim. Nie stawiałem się, czasami trzeba, po prostu nie ma innej możliwości jak zbratanie się z wrogiem – jakimś bogiem. Miałem już przygotowane zajebiste mieszkanko z posłaniem. Padłem na nie jak długi. Wszyscy dyszeliśmy ciężko przez następne co najmniej 5 minut. Łapa bolała przekurewnie. Tak niesamowicie się cieszyłem, uciekłem, jestem wolny! Prawdziwie wolny, niczym nie skrępowany, znowu jestem szczurem! Nikt nie przybije mnie do krzyża, nie zostanę męczennikiem na życzenie! Moje morale wzrosły znacznie, bliskość Ramaszki jeszcze bardziej poprawiała mi nastrój. - Udało się! - westchnęła Ramaszka - A co się kurwa miało nie udać, co sie MOGŁO nie udać młoda, ze mną zawsze się wszystko udaje – powiedział z przekonaniem Władziu - Prawie wszystko, prawie wszystko – powiedziałem z ironią - Aj tam ty leż cicho, wyglądasz jak obraz nędzy i rozpaczy! - odpowiedział Władziu - W tym momencie przyjrzeli mi się dokładnie. - Ja pierdole – Ramaszka nie mogła się powstrzymać od przekleństwa – Co oni ci zrobili? I od razu nie marnując trudu zaczęła mnie opatrywać, zauważyła moją łapę - Dux, do cholery, w tą ranę wdało się zakażenie, tu nic nie poradzę, doktora! - i opatrzyła ją, zrobiła to, co mogła. Zawsze uważałem że manifestację są trochę bez sensu, i tak pierdolone grupy rządzące leją na nie sikiem prosto-skośno-kulawym. Tym razem jednak miała cel, uwolnienie mnie, choć motłoch biorący w niej udział nie miał o tym pewnie zielonego pojęcia. Tak pięknie być wolnym. Wolności nie docenia się będąc na wolności, nawet tej prozaicznej. Zasnąłem, zmęczony do granic możliwości. Gdy się obudziłem oboje nadal przy mnie siedzieli, moi przyjaciele, druhowie kochani, Ramaszka i Władek, jak ja ich kocham! Dali mi pić i jeść, od razu humor mi się poprawił. Doktor miał być lada chwila uświadomili mnie i Ramaszka pocałowała mnie, całkiem niespodziewanie, był to najsłodszy i najwspanialszy pocałunek w moim życiu, pełny spontan. Wiedziałem że chciała mnie uspokoić, kocham ją za to, tak kocham ją, ale boję się tej miłości, boję się bliskości, taki już jestem. Wyalienowany nie tylko w celi. Wyglądali na szczęśliwych, naprawdę szczęśliwych że wszystkim się udało. Coś mnie tchnęło - Władek! Dlaczego pozwoliłeś Ramaszce uczestniczyć w akcji, to nie to samo co prawicowe kociaki! To było naprawdę przekurwiście trudne i przekurwiście niebezpieczne! Jak mogłeś! - powiedziałem z wyrzutem - Oj Dux, przegadaj to babie, próbowałem, zaparła się no i co miałem zrobić do chuja ? - Przecież nie mogłam ci nie pomóc, Dux, przecież wiesz! - Tak słońce, tak, przepraszam – powiedziałem – i dziękuję (przypomniałem sobie że nie dziękowałem) naprawdę dziękuję z całego serca! - Dux, słuchaj – powiedział z powagą Władziu – nie możesz tu zostać na dłużej, na pewno te kurwy zrobiły ci kartotekę, musisz się ulotnić z miasta, na jakiś czas, niedługi. Proszę! - Nawet o tym nie myśl, nie ruszę się stąd, to miasto to moje życie! Władziu, proszę nie próbuj mi przemówić, proszę – powiedziałem z żałością w głosie. - Dux, musisz, musisz, jak będzie trzeba ucieknę z tobą, nie ma alternatywy, żadnej alternatywy! - powiedziała Ramaszka załamującym się głosem Co ona pierdoli, jak ona ma żyć ze mną gdzieś na zadupiu, nie przeżyje tego, to nie dla szczura wychowanego w dobrobycie, nie ma szans, nie dla niej. - Ramaszka, nie, proszę, nie mów tak – powiedziałem W tym momencie przyszedł doktor Tussivex, od razu pokazaliśmy mu ranę, pokiwał z niezadowoleniem. Na szczęście nie jest to jeszcze najgorsze, powiedział. Niech pani proszę podłoży szmatę pod nogę, Proszę pana, niech pan przytrzyma nogę, o tak, świetnie. Wyciągnął jakiś przyrząd, nie widziałem, i aż zamroczyło mnie z bólu, tak jak zwykle wyborców przed wyborami, momentalnie wyschło mi w gardle, szczęki miałem tak przekurwiście zaciśnięte że nie zdołałem nawet wydobyć swojego uwielbianego KURWA!, dopiero po chwili – KURWA, AAAAAA! - Już, już po wszystkim. Spokojnie. - powiedział Doktor zatamował szybko krwawienie, czymś spryskał nową ranę i fachowo zabandażował. Na szczęście obciął tylko końcówkę kikuta, chwała! Kurwa i tak bym go zapierdoliłbym jak psa, ba, gorzej, jak jebanego prawicowego kota, na szczęście dla niego byłem unieruchomiony. - Pan pozwoli ze mną, powiedział doktor Władziu tylko skinął głową i wyszli, pewnie się rozliczyć. Ramaszka głaskała mnie po czole, utopionym w pocie, próbowała się uśmiechać i mówiła tylko ciiiiii. Nagle usłyszeliśmy jakieś podniesione głosy, bardzo niepokojące. Po chwili wszedł Władziu, blady jak papier, z zapalonym papierosem marki L&M, trudno mu było cokolwiek wyartykułować. - Na manifestacji – zaczął – SMOwcom pomogły kocie prawicowe bojówy, czterech naszych nie żyje, ciała mieli tak zmasakrowane że nie poznaliśmy kto to, wiemy tylko że jednym ze zmarłych jest – tu wziął bucha, jednego, i od razu drugiego – Jura. Ramaszka wybuchła histerycznym płaczem. Władziu usiadł ciężko, i patrzył w kąt. Taka była cena mojej pierdolonej wolności. skomentuj (0) hist.1 odc.4 2006-10-13 16:09:59 Przybyłem do Potkana z drugiego końca miasta, dzielnicy familoków, brudu, akoholizmu i degeneracji. Dzielnicy bez jakichkolwiek perspektyw, zapomnianej przez wszystkich, lub, może po prostu nikt nie chciał o niej pamiętać. Chodzę do Potkana na cotygodniowe darmowe obiady od kiedy parafie i zakłady opieki społecznej przestały takowe wydawać ze względu ponoć na brak funduszy które to brali ci którzy obsługują te miejsca pracy żadnej. Nic tylko wyzysk i chęć pomnażania swych dóbr. Potkan jest inny, tam szczur – szczurowi jest bratem. Tam każdy dostanie ciepłą zorganizowaną strawę na koszt mój i twój, w moich wypadku raczej ich. Na moim zadupiu jest nas wielu, szczurów którzy zmarnowali własne życie bo żyli mrzonkami, o wszystkim, sławie, pieniądzach, miłości, zawsze niespełnionych. Większość ich jednak łączy jedno, są tak dumni w swojej biedzie że wolą sczeznąć z głodu niż prosić. Będą prędzej jeść trutkę z karmników deratyzacyjnych przy stacjach benzynowych. Ba, od niedawna kocia partia narodowo-socjalistyczna organizuje „obiady czwartkowe” tzn dorzucają trutkę na szczury do ściepów pochodzenia niepolskiego w ramach oczyszczania szczurzej rasy z degeneratów i tak zwanej nieczystej krwi. Ja jestem inny, może i zazdroszczę innym dobrobytu, ale kiedy można zawsze poproszę, bo to nie jest krzywdzące, to normalne że w kapitalistycznym świecie jednemu jest lepiej drugiemu gorzej. Dobrze że są tacy którzy chcą się dzielić. Na moim ostatnim obiedzie dowiedziałem się o wieczorku poetyckim, uznałem że co mi szkodzi, dobrze jest się odchamić od czasu do czasu. Szczególnie za darmo. Postanowiłem przyjść, i nie była to najmądrzejsza decyzja w moim popierdolonym życiu. W Potkanie panowało powszechne poruszenie, ze względu zapewne na plakaty które mijałem po drodze, jeszcze mokre od kleju. Nawoływali do manifestacji. O nie, na to sie nie pisałem, nie byłem anarchistą ani lewakiem tylko biedakiem, nie wiedziałem nawet co to jest to całe szczurze G8. Większość obecnych w Potkanie szczurów wolno sączyło piwo w takt wchodzenia i schodzenia z europalety służącej jako podium kolejnych wierszopisarczyków. Jako jeden z nielicznych nic nie piłem, i to bynajmniej nie ze względu na brak chęci. Pierwsza wystąpiła Bakuńska, pierwsza radykałka w CISie, nie podobało mi się, wszystkie wiersze miała o jednym i tym samym jak na mój gust bez sensu ni prawdziwego przesłania, utopistycznie i nieformalnie bezprecedensowo pojebanie. Jako druga weszła na europaletę holka nieprzeciętnej wręcz urody. Jej sierść lśniła w półświetle bladym blaskiem, jej oczy były tak pełne życie jak noworodka który jeszcze nie wie co go czeka na tym parszywym świecie, najpiękniejsze jednak miała swoje ogromne, przecudowne, kształtne dumbo – uszka, patrząc tylko na nie potrafiłbym spuścić się taką ilością spermy że napełniłbym kufel obywatela Władzia, szefuńcia. Słyszałem o niej – to była Ramaszka, kobieta dziwnie powiązana z tą całą powaloną lewacką hołotą, nie wiadomo na jakich stosunkach. Widać po niej że nie do końca była taka jak oni, była wrażliwsza i przede wszystkim czystsza. Gdybym tylko mógł ożeniłbym się z nią, jednak moja mrzonka nie mogła dojść do skutku z kilku powodów. Po pierwsze, jestem biedny, ona jest z szanowanego domu dobrobytu, nie mam pojęcia kto ją więc zaciągnął do tych obszczypańców, małżeństwo ze mną byłoby nie lada mezaliansem. Po drugie, kto jak kto, ale ona nawet by nie zaszczyciła mnie swym boskim spojrzeniem, o czym miałbym rozmawiać z taką kobietą. Patrzyłem na nią jak zaklęty, a może po prostu rzuciła czar na publiczność, nie wiem, nie byłem niczego świadom. Przemawiała pięknie i z gracją, widać jednak było że coś, tam w środku ją nurtuje, wyżera od środka. Wszystko to co jest temu winne rozpierdoliłbym z nieziemską wręcz rozkoszą. Nie mogłem jednak wiedzieć co to. Po Ramaszce mieli wystąpić jeszcze dwaj wierszokleci, tak się jednak nie stało. Przyczyna była prosta – najprawdopodobniej plakaty, wpadło Sukinsyckie Ministerstwo Opierdalania z którym nie raz już miałem do czynienia. Co i nóż łapali mnie na czymś troszkę mniej legalnym i pałowali bezlitośnie. Akcja potoczyła się huraganowo, nikt nie zważał na nikogo, zaczęła się rozpierdalucha.Władziu wyskoczył pierwszy z Jurą bodajże, SMO na lewaków, nie mogłem stać bezczynnie wskoczyłem w bój, co jak co, ale walczyłem o swój cotygodniowy ciepły posiłek do kurwy nędzy! W kącie stał stalowy palik na którym wieszano czerwone flagi na pochody, wziąłem go i uderzyłem pierwszego SMOwca. Drugi wpadł na mnie z tyłu, wrednie, rozpierdolił mi połowę ucha, po dwóch ciosach palikiem padł otumaniony. Zauważyłem że Władziu, szefuńcio ma problemy, skoczyłem mu na pomoc, udałoby mi się do niego dobiec gdyby nie zawadzająca europaleta o która się przejebałem i padłem jak długi puszczając przy okazji palik. SMOwiec trzy razy dupnął mnie z całej siły swoją pałą chyba żeby zabić, czwarty raz nie zdążył, skoczyłem na niego od razu w skoku biorąc swój palik do łapy i jak nie pierdolnę go pierwszy, drugi, dziesiąty raz. Walka już się skończyła, lewacy zbierali swoich rannych i szybko się ewakuowali ze względu że w każdej chwili mogły wpaść posiłki SMO, nie zważałem na to, palikowałem SMOwca brutalnie, nie panowałem nad sobą. Zapierdoliłem chuja na śmierć. Dopiero po chwili doszło do mnie to co zrobiłem, zabiłem funkcjonariusza, za to grozi mi kara śmierci. Zabiłem skurwysyna a dostane wyrok za normalnego obywatela. Uciekłem z tamtego przeklętego miejsca, cały będąc we krwi, padłem do rynsztoka i leżałem tak długi czas. Wstałem i chodziłem bez celu, nadal cały w krwi, jak Raskolnikow w Zbrodni i Karze, tak dziwnie i strasznie i nijak i źle. Za młodu wychowałem się sam, w rynsztoku, rodzice zostawili mnie zaraz po odchowaniu, nie pamiętam ich dobrze, to i dobrze. Nie uczyłem się, włóczyłem po okolicy nic nie robiąc, w końcu znalazłem coś w czym jestem dobry, zająłem się malarstwem, z początku szło zajebiście w sensie że dobrze, samo malowanie. Niestety nikomu mój ekspresjonistyczny charakter obrazów nie przypadł do gustu. Czasami tylko udało mi się coś sprzedać za jedno piwo. Kradłem, stąd moje naleciałości z SMO. Już wtedy mieszkałem na moim zadupiu, a co teraz, co kurwa teraz ? Już nie tylko jestem biedakiem, degeneratem, niespełnionym artystą o pseudonimie artystycznym van Dali, który zajebiście do mnie pasował, teraz jestem mordercą. W sumie każdy nim jest, pośrednio, siebie i innych, ale, ale zabiłem z zimną krwią. Jestem najgorszy z najgorszych, jestem zerem, co ja mówię jestem mniej niż zero, mniej niż nic. Bez perspektyw, bez niczego. Zatopiony w moich niewesołych myślach przemierzałem ulicę za ulicą, osiedle za osiedlem, w końcu całkowicie dziwnym trafem wszedłem do knajpy. Inni na mój widok odsuwali się jak najdalej w najciemniejszy kąt. Powiedziałem do barmanki: - dajże mi w sensie wódki do kurwy! - już, już, już! - odpowiedziała wystraszona Wódka paliła okropnie, nie zwykłem jej pić. Urżnąłem się jednak nic nie płacąc, po prostu wychodząc. Gdy codzień widzę śmierć, przechodzę obok, gdy jestem tą wredną kurewką - kostuchą , pociągającą kosą, czuję się gorzej niż umierający, jak nic, bo nic to ona. Nawet nie spulchnię gleby. I żaden kapłan szczurzego bóstwa nie da mi rozgrzeszenia, i żaden szczur nie zapłacze nade mną, bo gdy morderca to ja, to mnie już nie ma. Nie ma! Wróciłem do siebie. W stanie tragicznej nieważkości i tragizującej śmiertelności. Wziąłem sztalugę, pędzel i farby, komplet który dostałem z opieki społecznej. Malowałem do świtu. Ramaszka, piękna jak zawsze, pod jej stopami skąpany we krwi nikt inny tylko ja, z martwymi oczami, w stanie ekstazy patrzący na jej stopy. Jak większość szczurów nienawidzę słońca, solarność nie jest dla mnie, potrafi prześwietlić mnie na wylot, wszystko co złe, a zło to cały ja, boję się jej. Nie zważając jednak na to wziąłem obraz pod pachę i pobiegłem na ulicę Diamentową. Do niej, tej jedynej. Zapukałem grzecznie przed jej domem. Otworzył majordomus. Jak mogłem być tak głupi, byłem przeświadczony że to ona mi otworzy, chuj wie dlaczego. Popatrzył na mnie jakbym uosabiał jego rzygowiny - eeeee...czy mógłbym prosić, eee – panienkę Ramaszkę ? - wybełkotałem - w celu ? - odpowiedział - osobistym - powiedziałem Zamknął, nie czekałem dłużej jak 5 minut, ogrzewany przez promienie słońca przez które jeszcze bardziej śmierdziałem. Wyszła, popatrzyła na mnie ze zdziwieniem. Choć miałem gotową mowę, głos uwiązł mi w ustach, wybąkałem tylko proszę, podałem obraz i uciekłem szybko, jej piękne oczy podążały za mną ze zdziwieniem, zaszczyciła mnie wzrokiem, tego jednak nie widziałem. Zmarnowałem jedyne szczęście jakim mogła mnie obdarować. Ryj miałem cały mokry od łez, powtarzałem sobie, mnie tu nie ma, mnie już w ogóle nie ma! Nie ma już we mnie nic, żadnych uczuć, jestem całkowitym niewypałem, nie, jestem po prostu wypalony, w życiu doznałem wiele, za wiele. U siebie znalazłem powróz, zawiązałem odpowiednio, stanąłem na pudle, założyłem go na szyje, płakałem jak dziecko, gorzej, płakałem jak to jedno w sensie nic. Wydobyłem z mego umęczonego gardła jeszcze cztery słowa: KURWA ! MORDERCA ! VAN DALI ! RAMASZKA! wymawiając jej imię zakołatały mi w głowie jej słowa: niezapomniane to co winno być zapomniane wieczne, mroźne, ostateczne spoczywanie... I popchnąłem pudło. Powróz napiął się błyskawicznie, i mnie już nie było, mnie już dawno nie było, mnie nigdy nie było. skomentuj (0) hist.1 odc.3 2006-10-13 16:09:24 Gdy wbiegł Fiodor wiedziałam już że cos jest nie tak. Jednak prawda była tym razem najgorsza – SMO to legalna mafia działająca pod przykrywką władzy. O opanowaniu się nie było mowy, płacz to jedyne co w tym momencie mogłam uczynić, choć wiem że to mu w żaden sposób nie pomoże, nie wstydzę sie jednak, wylać łzy za cierpienie kogoś to zaszczyt, bo świadczy o tym że zależy nam na innych, że nie jesteśmy jeszcze tak perfidnie egoistyczni by zamknąć się na świat i najdalekowzroczniej patrzeć na czubek własnego nosa który niczym nas już nie potrafi zaskoczyć. Poznałam Duxa właśnie tutaj, w CIS Potkan, od razu wydał mi się inny od reszty tych lewicowo-anarchistycznych popychadeł systemu, on nie powtarzał haseł, nie żył nimi, on interpretował wszystko, nie przyjmował bezkrytycznie, miał własne zdanie. Pierwszy raz gdy rozmawialiśmy był zalany w trupa, była wtedy konkretna libacja po dostaniu się naszej Rzeszypospolitej do Unii Europejskiej, wszystkim to podobno zwisało, ale i tak była okazja żeby się nawalić. Rozmowa nie kleiła się, trudno było zrozumieć jego system myślowy, mimo to był niezwykle otwarty, uśmiechnięty, radosny, kochał ten stan, na którego nie zawsze go było stać, ten stan był dziwką która daje, jak jej się zapłaci. Z tej rozmowy najbardziej zapadło mi w pamięć jedno jego zdanie: Alkohol w moich żyłach wskazuje jednoznacznie, że jestem tylko zwykłym ścierwem. Czyli prawdziwym szczurem. .Nie minęło wiele czasu a zakochałam się w tym dziwnym indywidualiście, niby będącym z nami a jednak będącym tak obcym jak księżyc w nowiu, który raz jest a raz go brakuje. Spotykaliśmy się często, zwykle u niego, rozmawialiśmy o wszystkim i były to najwspanialsze momenty mojego życia, dalej są, dopóki żyję. Kochaliśmy się nie raz i nie dwa, było wspaniale. Teraz te wpadki, raz prawicowcy teraz SMO, oby przeżyła ta moja niespełniona miłość. Tak, niespełniona, Dux nie zamierza się wiązać, nie wiem w ogóle czy czuje względem mnie coś więcej niż przyjaźń. To naprawdę boli, to jedna z największych boleści mego życia, to moja klęska, gdy nie ma go przy mnie czuję się że nie ma i mnie. Ot, paradoks, miłość jak z większości grafomańskich Harlequinów, tylko że tam one kończą się zawsze szczęśliwie. Życie to nie bajka, ani książka, życie to brutalność. Momenty radości trzeba okupić wiekami cierpienia, nie ma innej możliwości ponad tą, którą daje nam los, mi nie dał żadnej. Dux siedział już dobę gdy zaczynaliśmy działać. W Potkanie było nas wtedy około 30 szczurów,gwar niesamowity, wszyscy drukowali, kserowali, robili klej, wydawali polecenia. Byłam w grupie propagandowej ze Svietlaną i Jurą. Wyruszyliśmy tak szybko jak było to tylko możliwe, nasze ma być osiedle Jana Pawła II. Wszystko szło gładko, Svietlana przyciska plakat o treści - Walka trwa! Towarzysze, jutro przy komisariacie na ulicy Wąskiej o godzinie 20 odbędzie się manifestacja w sprawie zebrania szczurzego G8, nie pozwólmy by okradano nas i nasz świat. Przyjdź! Nie bądź bierny! (pleonas, ale kto się tym przejmuje, każdy wie o co chodzi)-do ściany, ja pociągam klejem na pędzlu, Jura sprawdza teren. Szły ostatnie plakaty, nasza nieuwaga została gorzko skarcona, tak jak prawdomówność Jezusa przed Piłatem. Dwójka SMOwców wyszła zza rogu ul. Poprawczej – Jura zdążył tylko krzyknąć – Spierdalamy! widząc nas, nie czekali, pobiegli za nami od razu. W tym momencie my, rzuciliśmy wszystko, to znaczy plakaty i klej i zaczęliśmy uciekać. Serce łomotało mi niesamowicie, przedzawałowo powiedziałabym. Szło nieźle, ul. Stoczniowców, w prawo na Solidarności, w prawo na Błoni Krakowskich, w lewo na Opus Dei, w prawo na Watykańską. Byliśmy na głównej, w całej akcji potrącaliśmy wszystkich bezpardonowo, nie było wyjścia, SMOwców nie było już widać. Dostałam niesamowitej zadyszki ale biegłam dalej, nie mogłam odpocząć, byłoby to niebezpieczne. Przy ul. Watykańskiej schroniliśmy się w jedynej mordowni w tej okolicy – Białym Gołąbeczku. Gdy wpadliśmy do środka nikt prócz pulchnej i zapitej barmanki nie zwrócił na nas uwagi. - Co podać gołąbeczki – powitała nas barmanka uśmiechając się paskudnie - 3 duże piwa – odpowiedział Jura - się robi szefie – odpowiedziała ta pulchna Wypiliśmy piwo, choć osobiście za nim nie przepadam ale trzeba przyznać że jest dobre na zrzucenie wszystkich nerwów na podłogę i zadeptanie ich bestialsko. Posiedzieliśmy godzinę, uznając że po tym czasie jesteśmy już bezpieczni ruszyliśmy do CIS Potkan zdać relację. Śpieszyło mi sie, za dwie godziny w naszym centrum inicjatyw społecznych miał rozpocząć się wieczorek poetycki w którym miałam brać udział. Takie zboczenie, a może po prostu moja wrażliwość podawała mi na usta różne, gorsze i lepsze słowa układające się w miarę logicznie i znacząco. Gdy dotarliśmy od razu powiedzieliśmy o wszystkim Władziowi, ten trochę podenerwowany tym że teraz prawiki wiedzą z którego CIS (których jest w naszym mieście kilka, dokładnie trzy) są organizatorzy manifestacji. W końcu powiedział abyśmy usiedli i się trochę wyluzowali. Za pół godziny miał się zacząć wieczorek, nie odpoczywałam więc tylko czytałam swoje wypociny w sumie ze stresu, by się nie pomylić. W tym czasie zeszły się wszystkie grupy propagandowe, okazało się że SMO nie tylko nas goniło. To tylko pogarszało naszą już nie najlepszą sytuację. Z nerwów przed wystąpieniem zapaliłam sobie papierosa od Svietlany, zwykle nie palę, moim zdaniem to syf, zaciągać się nauczył mnie dopiero Dux ale w tej sytuacji miałam na to ochotę. Wiekszość słuchaczy piła już sobie piwko, tak, anarchistyczno – lewackie ugrupowania napędzały rynek kapitałowy oraz rządy głównie kupując piwo, hektolitry piwa, oraz niewiele mniej innych alkoholi. Ot, taka hipokryzja. Bo żreć można byle co, ważne by można było się schlać i przez to uciec od tej szarej codzienności, zatopić się w bierności i nie musieć działać, i nie musieć myśleć. Stałam na europalecie, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Choć jesteśmy w Unii. Przede mną siedziało około 60 lewaków, niektórych z nich widziałam po raz pierwszy. Zaczęłam, choć moje serce ściskało mnie z tremy, nie mogłam dać plamy, to było moje pierwsze i mam nadzieję nie ostatnie wystąpienie. Taki mój pierwszy raz który zawsze zostaje w pamięci na całe życie. Sina rosa wieczorną porą, mgła, i tylko ona, wysoko nad nami firmament, w nas ból, i wieczne spoczywanie... łza na policzku twym, szron,szron na brwiach twoich, ciepła, lecz zimna niczym strzały grot, cichy szept trwogi, wieczne spoczywanie... niezapomniane to co winno być zapomniane mroźne, wieczne, ostateczne spoczywanie... Poszło nieźle, a teraz dwa wiersze dla których natchnieniem był Dux, który nie usłyszy ich teraz z moich ust, nie usłyszy nich pewnie nigdy. Moje wyznanie. Boję się, gdy patrzysz na mnie pustymi oczami i tego że dotykasz mnie zimnymi rękami tego że kochasz skostniałym sercem boję się... jędrne ciało jednej nocy rozświetla pustkę twego życia krzyk rozkoszy i krzyk bólu zastępuje myśli w twojej głowie Potem jeszcze kilka, troszkę innych, krótkie opowiadanie bredni o mnie, i w końcu koniec. Udało się!! naprawdę się udało!! Gromkie oklaski zaczęły dobiegać do mych uszu, wcześniej nie słyszałam nic, byłam tak spięta że choć z nimi byłam gdzie indziej, gdzieś między wersami. Owacja jeszcze nie dobiegła końca gdy przez drzwi wpadło kilkunastu SMOwców. Nie czekałam na to co się stanie. Dałam szybkiego nura między nich, co było możliwe jedynie przez to że byłam najbliżej drzwi, jeden złapał mnie, ugryzłam go w łapę, ja, Ramaszka i pobiegłam dalej, w noc. skomentuj (0) hist.1 odc.2 2006-10-13 16:08:52 Kurwa Mać! To była pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy jeszcze po niepełnym przebudzeniu, leżałem pobity w malutkiej celi, każda część mojego ciała bolała mnie nieznośnie, palec w lewej tylnej łapie miałem odpierdolony – spostrzegłem po chwili, ogon pogryziony, będę się długo wylizywać, pomyślałem. Leżałem tak dalej nie chcąc i chyba nie mogąc sie ruszyć, znalazłem się w parszywym położeniu. Prawicowe kurwy pewnie będą mnie chciały wystawić na publiczne zagryzienie. Nie wydostane się stąd, siedzę dosłownie w pudle po pomidorach, a dookoła mnie widze w dziurach koty, jeden myje się przy wiadrach firmy Velda, drugi konsumuje jakieś ścierwo przy szpadlach. Chuj, trudno, jedno szczurze życie, ale nie poddam się bez walki, zapamiętają mnie te kocie chujaszki oj popamiętają zanim zapierdolą, zostanie po mnie legenda, zostanie, ale ja już jej nie usłyszę. Ale to normalne, że zwykle mówią o tobie za twoimi plecami. Takie życie. Cholernie chce mi się pić, w pudle nie ma jednak nic. Te prawicowe dupki nawet opakowania po pomidorach mają z polski – z Tymbarku, skąd oni je wytrzasnęli w naszym mieście ?. Na kapslu po Tymbarku jabłko-mięta przeczytałem kiedyś tekst: „Ciesz się życiem” kurwa jakim życiem, niedługo będzie po mnie do chuja pana! Po nie wiadomo jak długim okresie czasu obudziłem się, a właściwie obudziły mnie rozjuszone kocie okrzyki i niemożliwe szczurze piski. Nadal połamany w trzy chuje zerwałem się na łapy. Ta bez palca bolała cholernie, tak cholernie jak nie przesadzając serce premiera Kaczki gdy dowiedział się że Endrju odchodzi z rządu, lub że Renia nagrała to i tamto. Przez szparę zauważyłem odsiecz moich radykałolewackich znajomych, że też o nich nie pomyślałem, mam szanse na przeżycie, ta myśl ukłuła mnie w serce tak mocno i z taką dozą euforii że wszelki ból prysł, że wszystko stało się nad podziw wyraziste, czułem się jakbym wciągnął nie lada dużą ścieżkę fety. Nie mogąc sie wydostać mogłem jedynie biernie patrzeć przez otwory to jak Ramaszka, która przecież w życiu by nie pozwoliła na moją śmierć, kochana kobietka kochana! Władziu i Vasyl rzucają sie na tego prawicowego ciula przy szpadlu, to jak Matrioszka, Svietlana, Kryżownik i Jura bestialsko rozprawiają się z tym drugim przy wiadrach. W 5 sekund byłem wolny. Okazało się że nie tylko ja lecz także Clermont i Thesis, chwała wielkiego szczurzemu bogowi w którego i tak nie wierze. Nie było jednak czasu rozmawiać, tylko jedno hasło Władzia – SPIERDALAMY!!, i cała nasza dziesiątka pobiegła jakby miała co najmniej 3litrowe silniki marki BMW w swoich seksownych dupeczkach, zanim wybiegłem jednak zdąrzyłem się jeszcze odpłacić temu rudzielcowi przy wiadrach solidnym posuwistym drapankiem po nosie i wydłubaniem lewego oka, rżał jak zarzynana świnia, a ja upajałem się jego bólem jak najprzedniejszą ruską wódką. Biegło mi się ciężko, noga bolała jak szlag, zostałem przez to w tyle, jak nasza rzeczpospolita w stosunku do innych państw, tak w stosunku handlowym jak społecznym, na tyle by nie widzieć końcówek ogonów moich druhów którym byłem cholernie wdzięczny i właśnie zastanawiałem się ile trzeba będzie postawić za taką akcje jakby nie mówiąc bardzo ryzykowną. Zauważyłem wcześniej że Clermont i Thesis też są pobici, a w starciu najprawdopodobniej uszkodził się Vasyl, Kryżownik i Svietlana, całe mordy mieli we krwi, nie widziałem nawet gdzie dokładnie oberwali. Biegłem dalej i co, jakiś przekurwisty pech, czy inne kurwa fatum nademną krążyło, wyrosło przedemną ośmiu moich niby-rodaków, prawicowych sprzedawczyków, milicjantów SMO (szczurzej milicji obywatelskiej), działającej juz od pół roku z prawicowego ramienia partii Kaczek Gównorobów o nazwie PiS (prawicowa integracja skurwieli). Zatrzymali mnie i co? Jeb pałą w pysk żebym był potulny, padłem na ziemię plując krwią, czułem się jak śmieć rżnięty w dupe raz przez jednych, raz przez drugich, ale zawsze pieprzonych prawików, jakkolwiek paradoksalnie to brzmi. Na komisariacie świecąc mi lampą w oczu w niedużym pomieszczeniu bez okien pytano mnie o wszystko, totalnie wszystko, odpowiadałem jak mogłem najlepiej, zapominając oczywiście przypadkowo niektóre fakty i niektórych znajomych takich jak Władziu którzy mogliby mieć problemy. Jednak nie obyło się bez lania pałą i butowania tylnymi łapami. Co za skurwysyny! I to jeszcze utrzymywane przez podatki nic nie wiedzących obywateli i na posyłki pojebanego rządu który z kolei jest sterowany jak marionetka przez międzynarodowe korporacje trzęsące demokracją swoimi pierdolonymi dolarami, ot kapitalizm całą gębą. Kurwa i nic się nie da zrobić! Mimo tych wszystkich protestów które jebane SMO zawsze rozkurwi i zaczyna się krwawa jatka w zaułkach kontenero-rządowych po których zawsze winni są protestujący aktywiści. - Imię, Nazwisko, imiona rodziców, adres zameldowania, data urodzenia ! - krzyknął ten który siedział naprzeciw mnie i notował - Dux, rodzice Tanja i Greebo, zamieszkały w piwnicy bloku 7c na ulicy Gwardii Ludowej, urodzony 11 listopada 1988 roku w Charkowie na Ukrainie. - szybko wydeklamowałem. - Nietutejszy skurwiel – powiedział tamten za mną z pałą - Z tym chuj, powiedz mi do kurwy, Dux to twoje imię czy nazwisko? - Imię, panie władzo(ty zasrany kociojebco – pomyślałem w myślach) - To jakie jest kurwa twoje nazwisko? -krzyknął lekko rozjuszony SMOwiec, nie mogący pogodzić się z faktem że jego IQ równe jest IQ Romka Atomka z telenoweli pod tytułem Jak zostać pojebaną nacjonalistyczną świnią - Nie posiadam - Od dzisiaj nazywasz się Dux Duxasiński, musze cos kurwa wpisać do kartoteki, zostałem wpisany w systemie komputerowym i nie uciekniesz już od nowego ładu jakim jest nowa prawica prowadząca reformę katolicko – indoktrynacyjną nowej odrodzonej rzeszy pospolitej kaczej. Do kurwy, mam przejebane totalnie, jestem zarejestrowany złoczyńca, ja pierdole ale za co, o co w tej całej parodii chodzi? Więcej nie zdążyłem pomyśleć, dostałem razy z pały po plecach, KURWA! - widniejesz jako obcokrajowiec - pierdolił dalej tamten - aktywny lewak, ćpun, alkoholik, homoseksualista, ateista, wróg systemu i coś ci tam jeszcze kurwa wymyślimy. Won z nim do karceru! I tak oto znowu zostałem zaszczuty i zniewolony, tym razem przez siły nacisku państwa na obywatela. Czułem się jak owoc Jogobelli zanurzony w systemie bez szans na wydostanie się poza niego chyba że drogą śmierci ( i to jeszcze z obcej inicjatywy). Przekurwiście chciało mi się pić, i przekurwiście mnie wszystko bolało tak po kotach jak po SMOwcach, a najbardziej ta pierdolona łapa. Już kurwa wolałem siedzieć u tych kotów i dać się zabić niż gnić w karcerze SMO i czuć się jak pokraka społeczna, do tego obolała jak skurwysyn. Wyrzutek społeczeństwa, kurwa ten system musi upaść. Po demokracji w Polsce nastały rządy autorytarne pod wodzą Kaczki, tego się po prostu nie da zdzierżyć, nie da!!, lecz siedząc w tej celi nie da sie niczego zdziałać, czy w ogóle da się coś zdziałać, nie wiem do cholery kurwa nie wiem! Clermont, Thesis, Vasyl, Władziu, Svietlana, Ramaszka, Kryżownik i Jura dobiegli do CIS Potkan. Po kilku minutach dotarło do nich że Duxa nie ma wśród nich. Kurwa mać, gdzie on jest?! Krzyknął znudzony czekaniem Władziu I właśnie w tym momencie wbiegł zdyszany Fiodor: SMO złapało Duxa, SMO złapało Duxa! kurwa! Ramaszka padła płacząc histerycznie, Svietlana wyglądała na zszokowaną, reszta, faceci, krzyknęli głośno – Osz Kurwa! Wedzieli co to może oznaczać. Zaczęli wypytywać się o szczegóły. Fiodor powiedział że widział jak SMO prowadzi pobitego, Duxa do swojego Komisariatu na Wąskiej. Władziu powiedział, oczywiście od razu mając gotowy plan działania – Czeka nas kurwa kolejna akcja ratunkowa, a teraz dajcie mi piwa, zgrzałem się jak chuj. A wy się przed tą akcją wyliżcie bo to nie będzie tak pięknie, ładnie, zgrabnie jak u kotów. Tu zaczyna się rzeczywista wojna z systemem! Bunt klasy robotniczej to jedyne słuszne rozwiązanie. Od jutra szybka propaganda! Podczas gdy SMO będzie zajęte zorganizowaną przez nas manifą i rozróbą my wśliźniemy się do siedziby i uwolnimy Duxa, chociażbyśmy musieli tam sczeznąć zamordowali przez system terroru kurwa, nie poddamy się! Po wygłoszeniu tego przemówienia lewacki przywódca szczurów nielegalnie zrzeszonych w równie nielegalnym CIS Potkan napił się solidny łyk zimnego Tyskiego piwa i usiadł wygodnie patrząc w sufit i rozmyślając. Nikt nie wiedział o czym. skomentuj (0) hist.1 odc.1 2006-10-13 16:08:28 Szybko uciekłem z tamtego miejsca, nagonka kociej partii narodowo-socjalistycznej podkurwiła mnie totalnie, na szczęście nie do stopnia berserkerskiego szału w którym to zapierdoliłbym najprawdopodobniej tą zgraje kilkukilogramowych prawicowych popaprańców.Thesis i Clermont chyba nie mieli wyjścia, mknęli na oddział rozjuszeni w stu diabłów. Nie jestem chyba najlepszym kolegą, zostawiłem ich samych, uciekłem z pola bitwy, wielkiej wojny rasowo – ideowej którą genialnie rozpropagował Adolf, lepiej niż najlepsza reklama nowej pasty nazębowej z mikrokryształkami która sprawi że twoje zęby będą bielsze niż księdza na ambonie, szczerzącego się by dostać jałmużnę od niewiernych-wiernych. Musimy sie w końcu zjednoczyć przeciwko tym pierdolonym prawicowym kocim bojówkom które coraz to częściej panoszą się na naszych miejskich śmietnikach próbując zabrać nam naszą przestrzeń życiową, chcąc nas zamknąć w kontenerach z cyklonem B, zaszczuć nas jak psy, ale nie, my jesteśmy nieśmiertelni, szczurzy gatunek nie zginie nigdy, jeśli się zjednoczymy to oni będą ofiarami bolesnych tortur z wyrywaniem pazurów i wydrapywaniem oczu włącznie. Dobrze jest chociaż w to wierzyć, wierzyć w to co nigdy się nie stanie. Jakby te rasistowskie świnie, pfu koty nie mogły nas tolerować, gówno że my ich nie tolerujemy, my mamy do tego prawo, one – nie! Czaiłem się długo na osiedlu Powstańców Śląskim za kontenerem firmy śmieciozbieraczej ALFA czy jakoś tak, noc była ddżysta i taka miękka, tak niezwykle miękka jak papier toaletowy marki welwet którym ludzie podcierają sobie dupę. Mi osobiście bardziej odpowiada do tych celów Nasz Dziennik. Zaczynało już świtać gdy wróciłem do swojego zajebistego M2 w piwnicy bloku 7c i zwinąłem sie wygodnie w kłębek, gówno! Co ja pierdole, nie będę naśladować pierdolonych kotów, wróć!! tak więc rozłożyłem się spokojnie na mojej pięknej wyściółce ze starej gazety wyborczej, pudełka od jajek i strzępów jakiś trzeciorzędnych t-shirtów. Kiedy dowiem się co się stało z Thesis i Clermont ?, o nie, najważniejszy dla mnie jestem ja, w nocy na pewno powypytuje się na mieście co z nimi. Z Clermonta i tak był kawał niezłego chuja więc niech bies go chędoży i to zdrowo, ale Thesis, fajna dupa, szkoda by jej było. Obudziłem się gdy promienie słońca były już poniżej linii blokowisk na osiedlu, piekielnie głodny. Nie chcąc jeść radioaktywnych odpadów z pierdolonego MacSzita na rogu wyruszyłem dalej po drodze mijając szkołę która była najlepszą i najbardziej obleganą placówką mieszkalną dla moich szczurzych rodaków. Niestety ostatnio dostawy jedzenia do szkoły były upośledzone przez jednego nie mniej upośledzonego ministra edukacji narodowej który zarządził ograniczenie obiadów dla biednych dzieci na rzecz bojówek swojej partii – LPR (lewicowi popierdoleńcy raus). Dotargałem się do zajebistej wręcz jadłodajni o nazwie śmietnik restauracji pod Jemiołą, gdzie zawsze serwowali piewszorzędne wręcz dania kuchni wietnamskiej. Trzeba było jednak uważać bo koci bojówkarze lubili tu zaglądać i napierdalać każdego kto jada posiłki pochodzenia niepolskiego. Posilając sie suto przypomniałem sobie o Thesis i Clermoncie. Trzeba by było dowiedzieć się co z nimi, a najlepiej postawić im jakieś piwo aby zapomnieli o tych wczorajszych sukinsynach. Poszedłem szybko do centrum inicjatyw społecznych Potkan gdzie najczęściej można było o tej godzinie ich zastać. Było to pomieszczenie w rozwalającej sie piwnicy, gdzie spotykali sie zaangażowani lewacko mniej lub bardziej, odszczepieńcy społeczeństwa – tacy jak my. Wszedłem do środka, w słabo oświetlonym pomieszczeniu duszno było od dymu papierosowego, jak i innego, w sumie specyficznego dla właśnie tego miejsca. Władek wyszedł mi na spotkanie i krzyknął donośnie: - Obywatelu Dux, witajcie! - Witaj Władziu, słuchaj jest tu Thesis i Clermont? Wiesz, wczoraj była obława prawicowych skurwysynów i nie wiem co sie z nimi stało... - Nie było ich tutaj dzisiaj, a skąd wiesz, co sie w ogóle dokładnie stało ? - Ach kurwa w nocy na nas napadli jak wracaliśmy z knajpy pod Kasztanem, głupio mi, uciekłem, oni zostali, martwię sie teraz. - Nie nazwę tego wzorową postawą obywatelską Dux, ale jak chcesz ich znaleźć musisz szukać gdzie indziej, może wylizują się u Clermonta? Idź i sprawdź - Dobra, dzięki Władziu, a i nie palcie tyle tego pierdolonego siana bo wam sie do końca popierdoli w tych łepetyńskich pyskach, bywaj druhu! - Do zobaczenia Dux, oby szybkiego. Gówno się dowiedziałem w Potkanie, nic, trzeba skierować swe kroki do domu Clermonta. Z jego nory już z daleka dobiegał swąd spalenizmy, pewnie znowu coś sobie przysmażył, pewnie własne wąsy. Wpadłem od razu do środka, bez pukania, jak jakiś wyjątkowo bezczelny złodziej, w norze była tylko matka Clermonta ratująca swoje ciasto, na początku nawet nie zwróciła na mnie uwagi, dopiero po zapytaniu dowiedziałem się że nie widziała go od wczoraj, nie chciałem jej tłumaczyć co sie stało by sie nie martwiła, jak to matka, najwspanialsza osoba na świecie. Ja swoją niestety straciłem w latach dziecinnych, ot sprzeczka rodzinna, ojciec zagryzł ją na śmierć, sam zresztą kilka lat po tym, pijąc juz wtedy nałogowo wdał sie w burdę w knajpie i został brutalnie skatowany, w końcu zdechł. Niestety pijackie życie bywa ciężkie i okrutne, ale jak każde inne kończy się upragnioną dla pijaka śmiercią. Nie mając gdzie dalej ich szukać, poszedłem przez siebie ulicą 1000-lecia, omamiony chęcią szybkiego ich znalezienia w ogóle nie zważałem gdzie idę, w pewnym momencie stanął przede mną duży, brudny jak szlag kontener, oświetlony latarnią zawieszoną na obdrapanym murze bloku z lewej strony. Było cholernie zimno. Sprawy potoczyły się tak piekielnie szybko że nawet ja nie pamiętam szczegółów, wiem że zostałem kurewsko napadnięty, podrapany, pobity, i trafiłem tam gdzie diabeł mówi dobranoc, do prawicowego pierdla zwanego domkiem na narzędzia, dobrze że gdzie nawet diabeł nie może, tam babę pośle... skomentuj (0) |
2007 |